Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 maja 2014

na językach

Ważne wydarzenia w Kościele generują wysyp "watykanistów". Pamiętamy wielkie zaangażowanie mediów związane z ostatnimi dniami i śmiercią św. Jana Pawła II, wszystko się rozbudziło niewiele ponad rok temu, przy okazji ogłoszenia rezygnacji Benedykta XVI i przynajmniej przez jakiś czas po wyborze papieża Franciszka. "Ekspertem" mógł być każdy, kto w odpowiednim czasie stanął przed kamerami, kogo zagadnął dziennikarz. Przy okazji padało mnóstwo kwiatków, bzdur i uproszczeń. (Do dziś pamiętam komentarz, z którego wynikało, że czerwonego ornatu używa się tylko na biskupich mszach pogrzebowych.)
Ostatnie dni były bogate w wydarzenia kościelne, które mniej lub bardziej odnosiły się do rzeczywistości świeckiej. Najpierw Wielkanoc (z tłem w postaci zamieszania wokół ks. Lemańskiego i abpa Hosera), zaraz po niej kanonizacja dwóch papieży (w Polsce jednego jakby trochę bardziej), zaraz zacznie się "sezon komunijny". Wydaje się więc, że lukę trzeba zapełnić. I są dwa kity, które równie dobrze mogą posłużyć tak zalepianiu sakralnej luki, jak i - używając potocznego powiedzenia - wkręcaniu nieświadomych wiernych.
Mamy więc piątek. Większość Polaków spędza czas z rodziną i przyjaciółmi w ramach rozpoczętego wczoraj długiego weekendu. Część biskupów wyszła naprzeciw tym spotkaniom i udzieliła dyspensy od piątkowej wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych. Pewnie przeszłoby to bez większego echa, gdyby nie fakt, że stolica naszego (pięknego, acz zimnego) kraju położona jest w dwóch diecezjach, a dyspensa jest tylko w jednej z nich. Wyłania nam się obraz złego abpa Hosera, który swoim wiernym zabrania jeść mięsa, a ci, którzy się temu zakazowi nie podporządkują, skazani są na kary piekielne, poprzedzone - jeszcze za życia - długą i bolesną spowiedzią, obarczoną uciążliwą pokutą, najlepiej publiczną. Tych "złych" biskupów jest dużo więcej niż dobrych, bo dyspensa obowiązuje tylko w 10 diecezjach.
Czy dyspensowanie jest słuszne, to inny temat. Trochę szkoda, że biskupi (przynajmniej ci warszawscy, choć lepiej wszyscy) nie ustalili wspólnego stanowiska, ale cóż, nie mają takiego obowiązku. Oburzające jednak jest umacnianie sztucznych sporów, przedstawianie biskupów jako władców absolutnych o wyrafinowanych metodach zastraszania i upadlania wiernych, bez choćby krzty woli znajomości tematu. Nie czuję się uciśniona brakiem dekretu o dyspensie mojego arcybiskupa i nie kiełkuje we mnie pomysł zebrania znajomych i pikietowania pod kurią, względnie ostentacyjnego zjedzenia kiełbasy pod katedrą. Mam wrażenie, że większość moich znajomych katolików czuje podobnie, a ci, co są w diecezjach z dyspensą, skorzystają z niej albo i nie. Bez wielkiego szału i napowietrzania się, powiększanego zresztą przez grono oburzonych dyspensą, co przywodzi na myśl kilka stosownych cytatów biblijnych.
Druga ciekawostka - kard. Dziwisz w dniu wiadomych kanonizacji skończył 75 lat, a więc złożył wymaganą prawem rezygnację ze stanowiska biskupa diecezjalnego. Setnie mnie ubawiły nagłówki i artykuły w mediach, po których jak na dłoni widać, że "specjaliści" zupełnie nie mają pojęcia, o czym piszą. Podobnie komentujący. Przy okazji wylewa się na ks. kardynała i Kościół całe wiadra pomyj, ale do tego już zdążyłam się przyzwyczaić. Aury sensacji dodaje fakt, że rezygnacja nie musi być zatwierdzona (np. ze względu na zbliżające się Światowe Dni Młodzieży i spójność rządów), więc czekamy na decyzję papieża (a są na nią 3 miesiące). Jest sensacja, biznes się kręci.

Showbiznes wpaja nam zasadę "nieważne co mówią, byleby mówili". Kościół zawsze był przeciwko: - nieważne czy mówią, ważne by - jeśli mówią - mówili prawdę. Generowanie coraz wyższych obrotów poprzez budowanie sporów, nienawiści, przez nierzetelność może i jest niezłym chwytem marketingowym, ale jest niemoralne. Nauczali zresztą o tym papieże ostatnich czasów, począwszy od św. Jana XXIII, przez (jak tytułowały go media) "naszego papieża" św. Jana Pawła II, aż po - zdawałoby się - maskotkę mediów - papieża Franciszka. Ale cóż - to się nie sprzeda. Pędzimy więc jak bajkowy Król Julian "prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu".
Może więc dzisiaj warto się zatrzymać. Nad rybką :)

niedziela, 16 marca 2014

gorzkie, gorzkie żale...

Bardzo lubię Gorzkie Żale. Jeśli godzi się tak powiedzieć, dodałabym, że to moje ulubione nabożeństwo (może to nieco dziwne hobby, ale cóż poradzić). Naprawdę, kiedy myślę o Wielkim Poście, od razu przypomina mi się o Gorzkich Żalach i metaforycznie zacieram ręce z tęsknoty. Jednak, jak większość rzeczy po tej stronie nieba, Gorzkie Żale mają swój słaby punkt. Kazanie pasyjne.
Tak, wiem, uogólniam i upraszczam. Ba! Sama wielokrotnie na dobre kazania pasyjne trafiałam, sporo takich, które można nazwać przeciętnymi też. Ale w tym roku coś nie mam szczęścia, a po dzisiejszym nosi mnie do tej pory.
Tydzień temu, w I niedzielę Wielkiego Postu, przyczyną słabości tego punktu było przede wszystkim to, że (jak w większości polskich kościołów) Gorzkie Żale odprawiane są godzinę przed mszą, a odśpiewanie pieśni zajmuje około pół godziny. Okazuje się wtedy, że coś z tymi wiernymi trzeba zrobić, bo uciekną... Więc serwuje im się półgodzinne kazanie. Problem polega na tym, że nie zawsze wiadomo, co można przez pół godziny mówić, co prowadzi do smutnej obserwacji, że ksiądz chciałby skończyć po 10-15 minutach, ludzie też by już chcieli, żeby skończył, ale zostaje jeszcze kwadrans, który... trzeba zagadać. Robią się z tego trochę opowieści dziwnej treści, a każde zdanie rozwija nowy wątek. Ksiądz się męczy, wierni się męczą, wszyscy się męczą... Po co?
Dzisiaj było gorzej. Długość nie była problemem - tu się parę minut opóźni wejście, tu się zaśpiewa dłużej pieśni towarzyszące, tu ucałowanie relikwii i chwila na oddech przed mszą... Dało się to ograć. Schody zaczęły się w samym kazaniu. Po pierwsze, było czytane z kartki, a więc automatycznie nie dało się go słuchać. Po drugie, można by mieć do niego kilka wysublimowanych zarzutów teologicznych, ale to już wyższa szkoła jazdy. Po trzecie - co mnie w sumie nieco rozbawiło - fragment o tym, że "a więc i ty, człowiecze, słuchając tego kazania zjednocz się z Męką Zbawiciela, współczuj cierpiącemu Chrystusowi" - rzeczywiście, poziom kazania ułatwiał takie odniesienia. Ale...
jak można głosić, że Bóg jest dawcą cierpienia?
No jak?

Gdzie jest cała teologia nieskończonej dobroci Boga, gdzie nauka o grzechu pierworodnym i jego konsekwencjach? Gdzie Jezus, który uzdrawiał, a więc odbierał cierpienie? Gdzie "nie chce Bóg śmierci grzesznika" (Ez 33,11), gdzie "przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy obciążeni i utrudzeni jesteście..." (Mt 11,28-30)?
Dziwimy się potem niewierzącym, że nie chcą uznać istnienia dobrego, kochającego Boga. Może oni spotykają tylko takich katolików, którym co tydzień wmawia się, że całe zło, które jest w ich życiu pochodzi od Boga, który w taki sposób chce ich czegoś nauczyć?
Nie, ani słowem nie wspomniano w tym kazaniu o "szatanie, który jest głównym sprawcą zła" (z przyrzeczeń chrzcielnych).

Jak tak można?

wtorek, 11 marca 2014

odezwa

W weekend byłam w Krakowie. Oprócz wielu rozmów z ludźmi, których bardzo lubię (a po co innego przyjeżdżać do Krakowa?), z oczywistych (dla mnie) powodów zwiedziłam kolejne wymiary sfery sakralnej tego miasta. Mówiąc w skrócie: poszłam na mszę do kościoła mariackiego. Więcej chyba tego nie zrobię.
Był sobotni wieczór, msza już niedzielna. Odprawiona na szybko, jak obowiązek do "odwalenia". No i bez kazania, za to z... hm. no właśnie. Czymś, co zostało przeczytane jako "Słowo pasterskie Metropolity Krakowskiego na Wielki Post 2014 roku", ale tym tekstem nie było. Było w zasadzie cytatem z tego listu.
Nie wiem sama, cieszyć się czy płakać - listów zamiast kazania nie znoszę, fanką ks. kardynała Dziwisza nie jestem, w dodatku cierpiałam na poważny deficyt snu i skrócenie tych mąk było mi na rękę. Z drugiej strony, dla jakiejś części wiernych była to jedyna niedzielna msza, a kazanie na rozpoczynający się Wielki Post zostało ograniczone do informacji o zbliżających się uroczystościach 650-lecia konsekracji katedry na Wawelu.
(Przypomina mi to historię, być może już tu wspominaną - znajomy zakonnik zaspał i przybiegł chwilę przed mszą, którą miał odprawiać, zobaczył, że na liście, który był do odczytania, są jakieś podkreślenia, więc przeczytał tylko zaznaczone fragmenty. Brzmiało mu to wprawdzie nieco nieskładnie, ale z listami KEP różnie bywa. Potem okazało się, że przeczytał fragmenty, które zdaniem jego współbrata spokojnie można było opuścić.)
Głęboko mnie smuci to, że niektórzy katolicy chodzą na mszę tylko po to, żeby "wypełnić obowiązek niedzielny". Boli to, jak mało wagi przywiązują do tego, co się tam wydarza.
Ale pogodzić się nie mogę z tym, że z podobnego założenia wychodzą księża. Roznosi mnie, kiedy widzę, jak ksiądz przychodzi na niedzielny występ, z założenia jak najkrótszy. Nie szanuje ani Boga, ani siebie, ani ludzi. Zwłaszcza, że kazanie na temat biblijnych czytań albo sensu postu wcale nie musi być długie.

Swoją drogą, odszukałam sobie ten list w sieci, bo rozbawiło mnie jedno zdanie i chciałam sobie przypomnieć jego dokładne brzmienie. Mianowicie:

Kościół potrzebuje oczyszczenia, ale jest naszym wspólnym dobrem. Kościół jest dla wszystkich. Nie niszczmy tego dobra w sposób bezmyślny. Te słowa kieruję do tych, którzy nas niejako „zawodowo” piętnują.
Myślę, że adresaci się zgodzą z ks. kardynałem. Lepiej niszczyć rozmyślnie, będzie bardziej efektywnie.
Teraz tylko się zastanawiam, czy ksiądz nieszanujący Eucharystii nie piętnuje Kościoła "zawodowo"? I  czy nie robi tego właśnie bezmyślnie?

piątek, 7 marca 2014

ale zbaw mnie od nienawiści

Usłyszałam kiedyś określenie: "darzyli się głęboką chrześcijańską nienawiścią". Nie pamiętam już kontekstu, jednak sam zwrot siadł w pamięci, bo (niestety) zdarza mi się go powtarzać.

Różnie to bywa, jesteśmy tylko ludźmi. Nawet jeżeli niektórzy z nas są proboszczami, sąsiadami, blogerami, internautami, członkami duszpasterstw, studentami... Wszyscy jesteśmy grzesznikami, proste.
Dlaczego jednak tak dużo w nas niechęci, zawiści, pychy... Zgorszenia podziału. W polskim katointernecie od Popielca walczą ze sobą dwa największe portale. Podział na modernistycznych nomowców i anachronicznych tradsów coraz bardziej się pogłębia, choć założę się o dyszkę, że 70% polskich dominicantes nie ma najmniejszego pojęcia że jest lemingowym nomowcem (i dopóki nie wejdzie na katolskie strony, to się nie dowie).
W styczniu mieliśmy Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan, w tym roku pod hasłem "Czyż Chrystus jest podzielony?", zaczerpniętym z Pierwszego Listu św. Pawła do Koryntian. Od pewnego czasu odnoszę wrażenie, że powinniśmy rozpocząć nieustającą nowennę pokutno-błagalną o jedność katolików.

Jestem wciąż poruszona faktem, o którym dowiedziałam się niedawno: że Rudolf Hoess, komendant obozu koncentracyjnego w Auschwitz, przed samą karą śmierci za zbrodnie przeciwko ludzkości, nawrócił się. Wrócił do Kościoła, wyspowiadał, przyjął Komunię Świętą. To bardzo mocno mi uświadamia, jak totalnie nieograniczone jest Boże Miłosierdzie, jak bardzo nie ma dla niego granic. Druga rzecz, nie mniej ważna i łącząca się w pewien sposób z tym, od czego zaczęłam: to, co zaczęło wzbudzać w nim skruchę, to fakt, że - kiedy w ramach procesu - był skierowany do polskich więzień, traktowano go tam jak człowieka. W jednych z ostatnich notatek wspomina nawet, że niektórzy z jego strażników to byli więźniowie, pokazali mu numery na przedramionach. I mimo tak wielkiego okrucieństwa, za jakie był odpowiedzialny, wciąż traktowano go jak człowieka - to było dla niego szokiem. Dla mnie to pewien heroizm miłości tych wszystkich, którzy mieli możliwość się zemścić. Chciałabym umieć tak kochać. Ta historia pokazuje przede wszystkim, że o. Maksymilian Kolbe miał rację - tylko miłość jest twórcza, tylko miłość ocala.

Dlaczego więc my wszyscy, w takich prostych, codziennych sytuacjach, nie umiemy kochać siebie nawzajem?

=== edytowane:
Jakiś czas temu rozmawiałam z koleżanką o zakonniku, który po święceniach diakonatu postanowił odejść, ale - jak się okazało - po jakimś czasie wrócił.
Dziś, w ramach "jeszcze tylko przeczytam całego fejsbuka i biorę się do roboty" i przeglądaniu tablic niektórych znajomych moich znajomych, trafiłam na zdjęcie i informację, że jakiś nieznany mi zupełnie człowiek "znów jest w klasztorze, znów w habicie". Na zdjęciu był człowiek tak radosny, że aż się wzruszyłam.

Pozostaje tylko prośba o modlitwę za bliskiego sercu X., który odszedł, ale chyba na razie na tyle, że jeszcze nie jest za późno.

sobota, 1 marca 2014

urbi et...

Ta historia zbierała już lajki na fejsbuku, ale nie chciałabym, żeby tylko na nim została. Parę słów więcej.

Czwartkowy wieczór, jadę tramwajem. Zatrzymujemy się w pobliżu dużego duszpasterstwa akademickiego i jeszcze większego skupiska akademików, sama tam kiedyś mieszkałam. Na przystanku stoją dwie dziewczyny, kończą rozmowę. Żegnają się i wzajemnie się błogosławią, robiąc znak krzyża na czołach. Jedna wsiada do tramwaju, druga odchodzi w stronę akademików.

Jakiś czas temu, chyba w jednej z minionych sesji. Na ruchliwym skrzyżowaniu spotykam koleżankę. Chwilę rozmawiamy, obie gdzieś pędzimy. Ona - na egzamin. Kątem oka dostrzega, że za chwilę podjedzie jej tramwaj. Zanim przejdzie przez jezdnię, prosi: "Kama, pobłogosław mnie!" - cóż, nie mogłam odmówić, nawet na ruchliwym chodniku. Pobiegła i ja też pobiegłam.

Co powinno odróżniać chrześcijanina od niechrześcijanina?
Błogosławieństwo. Zawsze i wszędzie. Kiedy nas o to poproszą, kiedy wcale nie pomyślą, kiedy my go potrzebujemy.

Trudno jest modlić się o błogosławieństwo dla nieprzyjaciół, ale tacy właśnie powinniśmy być. Dobrze życzyć tym, którzy życzą nam źle. Bo przecież celem nas wszystkich jest Miłość, więc jeśli wszyscy będziemy do Niej dążyć...

Brakuje nam tego błogosławienia. Czas na zmiany!

piątek, 12 kwietnia 2013

z prądem!

Od pewnego czasu chadzam w niedzielę na bardzo wieczorną mszę, która zazwyczaj jest recytowana. Tak też było niemal tydzień temu, w dzień zwany w kościelnym slangu "Niedzielą w Oktawie Wielkanocy czyli Miłosierdzia Bożego". A skoro msza recytowana, to na początku antyfona. Internety mówią (bo pamięć milczy), że było zdanie z Pierwszego Listu św. Piotra: Jak niedawno narodzone niemowlęta, * pragnijcie duchowego niesfałszowanego mleka, * abyście dzięki niemu wzrastali ku zbawieniu. * Alleluja. Uderzyło mnie wręcz, że znaczna część ludzi w kościele odpowiedziała na te słowa, dodając jeszcze jedno alleluja. Nie wiem, na ile to była mechaniczna odpowiedź (pytanie tylko, gdzie wyćwiczona), a na ile rzeczywiste, radosne alleluja, wypływające, mniej lub bardziej świadomie, z radości ze Zmartwychwstania. Dość dodać, że przy kolejnych antyfonach ta odpowiedź też była, co więcej - zdarzyło mi się być w tym samym kościele na mszach w ciągu mijającego tygodnia - i to alleluja wciąż padało (oczywiście ciszej, proporcjonalnie do liczby wiernych).
Święta, święta i po świętach... Czy na pewno? Zmartwychwstanie jest takim "strzeleniem korków" w instalacji całego świata. Niby potem wszystko wraca do normy, niby dalej działa tak samo - bo przecież dalej grzeszymy - ale wiadomo, że już to długo nie pociągnie, zwłaszcza jeśli nie będziemy uważać. Moglibyśmy niby te duchowe bezpieczniki "zawatować", ale wtedy mamy niemal gwarancję, że wszystko się popali i może jeszcze większą tragedię spowoduje.
Dlatego dostajemy "pełnię łask paschalnych". Dlatego im częściej codzienność powtarza "alleluja", tym lepiej.

I jeszcze jedna migawka, z dzisiejszej mszy. Idę do Komunii - jakoś tak wyszło, że na końcu procesji. Podchodzę już do kapłana, przyklękam, wstaję, a on patrzy na mnie i mówi "nie ma" i pokazuje mi pustą patenę. No tak, normalne, chwilę poczekam i dostanę z innego sortu, to znaczy dużego kielicha, tzw. cyborium. Ale w czasie kiedy ojciec szedł do ołtarza i wracał - gonitwa myśli. Pierwsza - dobrze że kilka godzin wcześniej poszłam do spowiedzi - jestem przeciwnikiem szukania takich "znaków", ale jednak pewnie bym się z tym dźwigała przez jakiś czas. A potem? Mieliśmy dziś Ewangelię o rozmnożeniu chleba, wersję Marka analizowaliśmy rano na zajęciach. Wtedy zostały kosze ułomków, a dziś? Zabrakło? Nie! Dla jednej osoby, o ile ze strachu nie zwieje, jest przygotowany pełny kielich, aż z górką - choć wystarczy tylko jeden kawałek. Jezus oddaje się cały, nie ma potrzeb, których nie mógłby wypełnić. I to nawet dla jednego człowieczka.
Czymże jest człowiek, że o nim pamiętasz,
czym syn człowieczy, że troszczysz się o niego? (Psalm 8)

czwartek, 14 marca 2013

mamy go!

Upłynęła już doba, od kiedy na jeden z dwóch najsłynniejszych balkonów świata wyszedł kardynał protodiakon i ogłosił światu, że mamy papieża.
Moje pierwsze myśli? Z jednej strony - rzeczywiście gaudium magnum, radość wielka. Z drugiej - ta godzina między białym dymem a podaniem personaliów zdawała mi się wiecznością. Kto to będzie?
Piotr Kraśko w telewizji publicznej ogłosił, że na pewno kard. Scola z Mediolanu, a skoro tak, to przyjmie imię Ambroży. Na szczęście ani kardynałowie, ani elekt nie zapytali go o zdanie (choć Ambroży to całkiem wartościowy Ojciec Kościoła niewątpliwie).
Georgium Mariam - najpierw wielkie uff, bo w trakcie tego konklawe miałam raczej 114 faworytów i jednego, którego wyboru bardzo nie chciałam. Od razu potem - kto w takim razie? Raczej nie obiło mi się to imię o uszy (ani oczy)... Nazwisko elekta też mi nic nie powiedziało...
i wreszcie...
qui sibi nomen imposuit...
Franciscum
to była radość! Kiedy jeszcze się potwierdziło, że patronem i "powodem" jest św. Franciszek z Asyżu, a nie Franciszek Ksawery czy też żaden inny... Dało mi to poczucie, że jest to "mój" papież, że ta liczba mnoga w "habemus" jest uzasadniona, naturalna.
Swoją drogą, jeszcze po południu myślałam sobie o tych papieskich imionach, i choć typowałam raczej Piusa lub Pawła, miałam nadzieję na Innocentego i jakąś taką cichą, ledwie pełgającą, na Franciszka.

Cóż dziś? Dym opadł, fejsbuk wciąż szaleje (łącznie z wrzucaniem zdjęcia z Janem Pawłem II, kard. Ratzingerem i jeszcze jednym biskupem podobnym do ówczesnego ks. Bergogliego), a nam zostaje tylko czekanie na spotkanie i modlitwa. Na przykład taka, króciutka:

Święty nasz Ojcze Franciszku, módl się za Ojcem Świętym Franciszkiem i za nami wszystkimi. Amen.

czwartek, 28 lutego 2013

puste krzesło

17 dni temu... Szok i niedowierzanie. Zaraz potem podziw dla wielkości decyzji.

Dziś - msza churchingowa, akademicka, zaczęła się o 19:30. Chwilę po tajemnicy wiary spoglądam na zegarek. Jest 20:01. Ksiądz modli się: "zachowaj nas w łączności z naszym biskupem Marianem i całym duchowieństwem". I... jakiś taki smutek. Gość koło mnie aż chrząknął.

Benedykta XVI spotkałam trzy razy. Pierwszy w Krakowie, na Błoniach. Pamiętam, że wieczorne czuwanie papieża z młodymi było dla mnie jakieś... słabe? Dziś usprawiedliwiam się, że byłam jeszcze młoda i głupia, no i bardzo przyzwyczajona do papieskich przemówień po polsku (swoją drogą, nigdy niesłyszanych na żywo). Potem noc w zasadzie po drugiej stronie ulicy, bliżej niż większość hierarchów - na karimacie w krużgankach u franciszkanów. I drugi dzień, msza, tłum ludzi... Emocjonalnie pewnie niewiele lepiej, ale za to kazanie - a w zasadzie jedną myśl z kazania - zapamiętałam bardzo dobrze, często ją sobie później przypominałam. Tę o mocnym staniu na ziemi i wpatrywaniu się w niebo.
Drugi raz, dwa lata później. Światowe Dni Młodzieży w Sydney. Długo by pisać, trudno mi też coś rozdzielić, bo cały ten czas to pasmo przeżyć wartkich. Na pewno niesamowite doświadczenie jedności Kościoła zjednoczonego tam, gdzie jest papież. Właśnie w tej kolejności, choć my byliśmy tam wcześniej.
I Hiszpania, kolejne Światowe Dni Młodzieży. W moim odczuwaniu wszystkiego wręcz namacalna zmiana związana z przyjazdem papieża. Jeszcze dzień wcześniej - wkurzający chaos, tłum, zmęczenie. A od momentu oczekiwania na Benedykta XVI na ulicach Madrytu - wielka radość, znów poczucie jedności z tymi tysiącami ludzi z całego świata i jakiś dziwny spokój - "jak bardzo się nie znają ci, co mówią o Kościele w kryzysie wśród młodych - krzyczymy po hiszpańsku "Tutaj jest młodzież papieża" - jesteśmy razem, jesteśmy z nim". Na koniec całych ŚDM niezapomniane przeżycie z lotniska Cuatro Vientos. Ogromna burza, przemoczony papież, głęboka, niemal namacalna jedność. I uciszenie burzy.

Ktoś napisał na facebooku "w tych trudnych chwilach wszyscy jesteśmy sedewakantystami". Wszyscy patrzymy na stolicę Piotrową (sedes), która jest pusta (vacans). I o ile wierzę, że już niebawem kardynałowie wybiorą pełnoprawnego papieża, o tyle zgadzam się z tym, że chwile są trudne. I będą. Tym bardziej powinniśmy się modlić za kard. Józefa Ratzingera.

poniedziałek, 17 września 2012

bez oręża zdobyłeś dla Boga świat...

Zakon franciszkański dziś świętuje - wspomina dzień, w którym Ojciec Franciszek otrzymał stygmaty. I co z tego wynikło?
Czy na moją codzienność, na wiarę wpływa fakt, że Franciszek jest pierwszym nowożytnym "nosicielem" fizycznych znaków Męki Chrystusa? Obawiam się, że sam fakt - w minimalnym stopniu.
Więc na co mi te Franciszkowe stygmaty?
W mszalnym psalmie przewidzianym na święto refren brzmi: Jestem przybity z Chrystusem do krzyża. Nie św. Paweł, autor tych słów, nie Franciszek, nie św. Pio czy ktokolwiek inny. Śpiewając refren wierzę w to, że to ja jestem przybita do krzyża. Razem z Chrystusem, bo przecież inaczej nie byłoby sensu.
I wtedy wszystko nabiera sensu. I pierwsze czytanie, z Listu do Galatów (Ga 6, 14-18), o tym, że świat jest ukrzyżowany dla mnie. Bo z perspektywy Krzyża, jak mi się wydaje, wszystko widać zupełnie inaczej. Dostrzega się tylko to, co naprawdę ważne. Nowe stworzenie, bo Śmierć Jezusa była totalnym przewrotem, zupełnym odwróceniem porządku. Wszystko jest nowe, wszystko może mieć czyste konto, oczyszczone we Krwi Chrystusa.
I Łukaszowa Ewangelia, z jednej strony echo wczorajszej (Kto chce zachować swoje życie...), z drugiej - rozwinięcie, bo po co zdobywać świat, skoro straci się duszę? Może i Krzyż jest zgorszeniem, może to wstyd pomodlić się przed jedzeniem w restauracji czy przechodząc obok kościoła. Tylko po co wtedy się spinać i starać, o dobre życie, skoro zapominamy o Najważniejszym?
I jeszcze wspomnienie o sekwencji na dzień św. Franciszka, z której urywek jest tytułem tego posta - jedyny cel, dla którego warto zdobywać świat, to zdobywanie go dla Boga. Bez oręża, bez wojen, bez wyścigu szczurów i biegu po trupach do celu - za to z szaleństwem miłości. Miłości nielękającej się Krzyża, który zwycięża ziemskie potęgi.

Prawie osiemset lat upłynęło od dnia, w którym Jezus w postaci Serafina obdarzył Franciszka śladami gwoździ znaczących Jego Mękę. Kawał historii? Być może. Na pewno kawał życia. Tu i teraz.

(wszystkie teksty dzisiejszej liturgii mszy świętej dostępne np. na brewiarz.pl)

czwartek, 13 września 2012

Mistrz millenium

Pochłonęłam "Zapiski więzienne" kard. Wyszyńskiego. Niesamowite. Duchowy gigant, z jednej strony świadomy swojego znaczenia dla Kościoła, z drugiej - wprost piszący o pysze, o trudzie przyjęcia Bożego planu. Z totalnym niezrozumieniem sytuacji, w którą go wrzucono i wielką miłością do nieprzyjaciół.
Czasem trudno ustawić sobie priorytety żyjąc w wolności, niełatwo za nimi podążać. Wyszyński trochę brutalnie osadza w rzeczywistości - bo skoro w takich realiach można było... Pamiętam, że pierwszy raz o jego postawie w więzieniu usłyszałam w okolicach klasy maturalnej. Po paru latach widzę, jak ważnych rzeczy uczył - nie tyle słowem, co sobą.
Polecam do przeczytania, bo choć czasy tamtego systemu szczęśliwie minęły, do pełni duchowej wolności wcale nie mamy o wiele bliżej.

niedziela, 29 lipca 2012

jako Kościół - ocaleni

Z zaskoczenia dla części znajomych, a nawet dla siebie samej, wzięłam udział we Franciszkańskim Spotkaniu Młodych. Portfel płacze od dawna, magisterka woła, a mnie coś w środku (śmiałam się nawet, że głosy w głowie) kazało jechać. I nie żałuję.
Tydzień w zasadzie wyjęty z życiorysu. Odludzie Kalwarii Pacławskiej, gdzie widok z pola namiotowego jest taki, że aż chce się wstawać, a sieć komórkowa od czasu do czasu wita na Ukrainie. Odludzie z ponad tysiącem osób. I z Bogiem, przede wszystkim.
Przeorał mnie na wszystkie strony. Porozwalał w zasadzie cały, pieczołowicie zbudowany świat. Postawiony na złudzeniach, protezach i tańszych zamiennikach. I wybudował nowy. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby taka burza przeszła gdzie indziej, w codzienności.
Przychodził codziennie, w zasadzie cały czas. W mszach z kazaniami, że aż czasem buty spadały, w nietypowych nabożeństwach, którymi dotykał przycisków od łez, w całodobowej adoracji, wreszcie w innych ludziach - zaproszonych gościach, ale i zwyczajnych-niezwyczajnych uczestnikach, zwłaszcza takich od mniej lub bardziej nocnych rozmów.

Wydawało mi się, że już za dużo przeżyłam, żeby wydarzyło się coś takiego. Że teraz to moje chrześcijaństwo to będzie spokojny rejs w stronę zachodzącego słońca. A okazało się, że - zgodnie z FSM-owym logo - dookoła statku jest nielicha burza, z której tylko Jezus ocala.

I to nie jest tak, że teraz, po powrocie, życie jest cudownie odmienione. Że nie wracają dobrze znane lęki i jeszcze lepiej znane pokusy. Wręcz przeciwnie. Już dzisiaj przyszły i biły po twarzy na dzień dobry. Ale zmienia się spojrzenie. I przychodzi nadzieja, że już niebawem nie zabolą.

niedziela, 8 kwietnia 2012

konkret

w zakrystii, chwilę po Wigilii Paschalnej:
(ja): Chrystus Pan zmartwychwstał
(o. dk.): wierzysz w to? wierzysz że naprawdę zmartwychwstał?

Można się cieszyć. Można mieć radosną satysfakcję z pierwszego "Alleluja" w kościele. I banana na ustach przez pół Liturgii, procesję i pieśń na zakończenie.
wszystko to psu na budę bez konkretu wiary.

czwartek, 23 lutego 2012

poszło!

W świecie, który wymaga od chrześcijan odnowionego świadectwa miłości Pana i wierności Mu, wszyscy winni czuć potrzebę prześcigania się w miłości, w usługiwaniu  i w dobrych uczynkach (por. Hbr 6, 10).
 (z Orędzia Benedykta XVI na Wielki Post 2012) 

Odnowione świadectwo Bożej miłości... Gdzie je znaleźć?
Szukać, nieustannie szukać, bo przez szukanie ono się staje.

czas wrócić.

niedziela, 25 grudnia 2011

po pasterce

Parę lat interesowania się liturgią, początki zajmowania się nią naukowo - wydawało mi się, że już coś tam wiem. A pasterkowe kazanie o zdziwieniu, ludzkim zdziwieniu w związku z Bożym Wcieleniem, dokładnie oddało to, co czułam obserwując poczynania szeroko rozumianej służby liturgicznej, z celebrującymi włącznie.

Ale i tak, to wszystko blednie. Narodził się. Wtedy w stajni, dziś w nocy na ołtarzu. Nie wiem jeszcze, co to znaczy. I pewnie się w tym życiu nie dowiem. Ale przeczuwam, że to jest gdzieś bardzo blisko Tego Najważniejszego. Sensu. I zbliżania się do tegoż Sensu codziennie życzę Tobie i sobie.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Madryt


Budzimy się chwilę przed jutrznią, odmawiam jeszcze w śpiworze. Okazuje się, że burza zniszczyła namioty adoracji, Komunii wystarczy tylko dla nielicznych. Organizatorzy proszą, by tę duchową przyjąć w intencji papieża, a po powrocie do Madrytu przyjąć Ciało Pańskie. Jeszcze przejazd Benedykta XVI między sektorami i msza święta. Tym razem ja „tłumaczę” papieskie kazanie, potem przemówienie przed Aniołem Pańskim. Radość Brazylijczyków. Wracając umawiamy się ze znajomymi wolontariuszami – kolejne potoki radości. Wieczorem, po Komunii, idziemy obejrzeć katedrę. Miejscowi mówią, że nie warto, bo jest brzydka, ale nam zależy – w końcu to katedra. Nie żałujemy, ci ludzie chyba brzydkiego kościoła nie widzieli. Trochę na szybko, bo zaraz msza, obchodzimy całą, do Matki Bożej wejść już się nie da. Szybko, żeby zdążyć przed deszczem, idziemy jeszcze do Bazyliki św. Franciszka. To była świetna decyzja – szczęka opada i zostaje na podłodze. Chwilę się modlimy, nie możemy dobrze zwiedzić, bo właśnie trwa kazanie. Nie zapomnę tego kościoła długo. A w Kolegium – deszczowo-przejaśnieniowo-burzowe świętowanie ostatniego wieczora w Madrycie.

sobota, 20 sierpnia 2011

Madryt


Sobotę zaczynamy od mszy w naszym kolegium, sprawowanej przez o. Marco Tasca, generała franciszkanów. W ramach rozesłania dostajemy fragment posłania Ojca Franciszka do braci (każdy ze swojego kartonu językowego) i TAU. A potem pakowanie i na Cuatro Vientos. Tłum i kurz, musieliśmy się podzielić, żeby znaleźć miejsce. Tym razem mamy świetny widok na telebim, głośnik nie zasłania ołtarza – jest super. Do tego strażacy, którzy polewają rozgrzany tłum wodą. Jest jakiś milion stopni. W oczekiwaniu na Ojca Świętego, zasypiamy. Budzi nas wyraźne ochłodzenie i cień. Utrzymuje się do wieczora, zaraz po przyjeździe Benedykta XVI zaczyna padać. Na odczytanie Ewangelii o domu na skale zrywa się wichura i burza. Przychodzi Duch Święty? Chyba tak. Prawie dwa miliony młodych ludzi cierpliwie czeka, aż odezwie się do nich przemoczony Papież. Tutaj jest jego młodzież. Wreszcie burza ustaje. Mamy wrażenie, jakby dzięki tej modlitwie Pan Jezus uczynił znów cud z uciszeniem burzy na jeziorze. Kilka słów Papy, potem krótka adoracja Najświętszego Sakramentu. Gdy na lotnisku robi się cicho, a ludzie układają się do snu, wszystko już jest suche.

piątek, 19 sierpnia 2011

Madryt


Zamiast katechezy, spotykamy się w gronie Młodzieży Rycerstwa Niepokalanej z całego świata. Są Argentyńczycy, Amerykanie, Włosi, my i oczywiście Hiszpanie. Dyskutujemy o swoim przeżywaniu tej duchowości – to ważne też dla osobistych przemyśleń. Na mszy 5 osób powierza się Chrystusowi przez ręce Jego Matki. Zawsze się wzruszam, tym razem może nawet szczególniej. Po południu – Via Crucis. Przekosmiczne rozważania, napisane przez siostry zakonne. Głębokie poruszenie. Wieczorem dalszy ciąg „dnia spotkań” – wreszcie udaje się skutecznie umówić.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Madryt


Drugi dzień katechez, od rana trochę chłodniej, nawet popaduje. Biskup (niestety, nie pamiętam który) zaczyna od wczorajszego meczu Barcy z Realem. Miło słuchać! Po obiedzie prowadzimy adorację po polsku w kościele, przy którym już gromadzą się tłumy oczekujące na Benedykta XVI. Miła odmiana – w Sydney „nasz” kościół był zupełnie schowany w wielkim parku, niemal całkowicie pusty przez cały czas. Kawa w Starbucksie (wreszcie jakieś sieciówkowe ceny, a nie wielkomiejsko-lansowe), można iść witać Ojca Świętego. Stojąc w wielkim tłumie, wszyscy (jak się później okazało) myślimy o tym samym – cóż może tych kilkaset przepełnionych nienawiścią antyklerykałów wobec tak rozentuzjazmowanego tłumu młodych katolików, z tak wielką radością witających swojego duchowego przywódcę! „Esta es la juventud del Papa (Tutaj jest młodzież Papieża)” - skandujemy. Przy samym powitaniu stoję obok grupki Polaków, jeden z księży głośno powtarza tłumaczenie z radia. W kolejce po kolację poznaję kolejne Polki – to niesamowite, jak łatwo się tu rozmawia. Dla mnie sama obecność Benedykta XVI przemieniła atmosferę, wprowadziła miłość w tłum. W nocy godzina adoracji w naszym Kolegium. Sporo śpiewamy, ale w centrum Pan oprawiony w tau.