Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modlitwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modlitwa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 kwietnia 2014

show mass go on


Daaawno temu pisałam (tutaj) o "mszy rockowej". Kilka dni temu internetem (na krótko, mam nadzieję) zawładnął filmik z irlandzkim księdzem, który w trakcie mszy śpiewa piosenkę dla nowożeńców.
Nie rozumiem.
Nie rozumiem zachwytów.
To znaczy, bardzo mnie cieszy to, że ten człowiek umie śpiewać, że umie sensownie przerobić tekst znanego mu utworu, że jest na tyle odważny, że chce się tym dzielić z innymi. Dlaczego jednak robi to właśnie wtedy?
Msza święta nie jest własnością ani tego księdza, ani nowożeńców, ani nikogo z ludzi. Nie możemy robić z niej show, niezależnie od tego, jak piękne i wzruszające show miałoby to być. Niezmiernie irytuje mnie coś, co Szymon Hołownia nazwał liturgią uścisków, i czego świadkami bywamy chociażby w Wielki Czwartek - wykorzystywanie czasu po Komunii na (krótkie) akademie ku czci księży/solenizantów/biskupa/kogo tam jeszcze zamarzy się uhonorować. (W mojej parafii ostatnio się jakoś próbuje z tym wielkoczwartkowym zwyczajem walczyć, ku oburzeniu grup parafialnych zresztą.) Razi mnie stwierdzenie, że "chór upiększył mszę świętą", bo ona sama jest wydarzeniem, które jest piękne samo w sobie. Nasze dbanie o to, żeby celebracja była uroczysta i piękna jest obowiązkiem, bo Bogu się to po prostu należy. Bo to Bóg - Jezus realnie i materialnie przychodzący w Ciele i Krwi jest jej Celem i Ośrodkiem. Nie ksiądz czy schola. Jeden z internautów napisał, że "msza święta jest codziennie, a oni ślub biorą jeden raz w życiu". Podwójna nieprawda - Ofiara Chrystusa - którą uobecnia msza - wydarzyła się raz na zawsze, a małżeństwo tych dwojga zaczęło się tamtego dnia i będzie trwało codziennie.
Śpiewaliśmy kiedyś na ślubie pary, dla której znajomy skomponował utwór (o ile dobrze pamiętam, w zasadzie napisał melodię do jednego z psalmów). Zaśpiewaliśmy go przed mszą, narzeczeni po wysłuchaniu utworu wrócili do zakrystii, chwilę później rozpoczęła się msza. Można? Można.
Druga rzecz, która jest w tym wszystkim straszna, to komentarze internautów - wielu pisze, że to jest ksiądz, dla którego poszłoby na mszę, że wszyscy księża tak powinni robić, to może kościoły by nie pustoszały i tak dalej... Może zabrzmi to ostro, ale... Lepszy kościół z jednym wiernym, który przyszedł tam dla Pana Boga, niż świątynia pełna ludzi, którzy przyszli dla księdza. Ksiądz, który przyciąga ludzi do siebie, a nie do Chrystusa, powinien dobrze się zastanowić nad tym, co robi. Powiesz, że to okazja duszpasterska, że to przyciągnie tych ludzi drugi raz? Może i przyciągnie, ale na następnej mszy ksiądz już nie zaśpiewa, show nie będzie, nie ma po co wracać. Jeżeli już traktować mszę przy zawieraniu sakramentu małżeństwa jak okazję duszpasterską, to lepiej powiedzieć kazanie, które mimochodem coś wytłumaczy. Znów wracamy do punktu wyjścia - Kościół nie ma przyciągać księdzem, oprawą, fajerwerkami. Tylko Chrystusem. Ksiądz jest grzesznikiem (jak my wszyscy), oprawa zawiedzie, fajerwerki się skończą. Chrystus pozostaje.
Może wynika to z tego, że niewielu rozumie, po co przychodzi. Że katecheza dorosłych leży i już nawet nie kwiczy, bo jest martwa.
Nie ilość, a jakość.

niedziela, 16 marca 2014

gorzkie, gorzkie żale...

Bardzo lubię Gorzkie Żale. Jeśli godzi się tak powiedzieć, dodałabym, że to moje ulubione nabożeństwo (może to nieco dziwne hobby, ale cóż poradzić). Naprawdę, kiedy myślę o Wielkim Poście, od razu przypomina mi się o Gorzkich Żalach i metaforycznie zacieram ręce z tęsknoty. Jednak, jak większość rzeczy po tej stronie nieba, Gorzkie Żale mają swój słaby punkt. Kazanie pasyjne.
Tak, wiem, uogólniam i upraszczam. Ba! Sama wielokrotnie na dobre kazania pasyjne trafiałam, sporo takich, które można nazwać przeciętnymi też. Ale w tym roku coś nie mam szczęścia, a po dzisiejszym nosi mnie do tej pory.
Tydzień temu, w I niedzielę Wielkiego Postu, przyczyną słabości tego punktu było przede wszystkim to, że (jak w większości polskich kościołów) Gorzkie Żale odprawiane są godzinę przed mszą, a odśpiewanie pieśni zajmuje około pół godziny. Okazuje się wtedy, że coś z tymi wiernymi trzeba zrobić, bo uciekną... Więc serwuje im się półgodzinne kazanie. Problem polega na tym, że nie zawsze wiadomo, co można przez pół godziny mówić, co prowadzi do smutnej obserwacji, że ksiądz chciałby skończyć po 10-15 minutach, ludzie też by już chcieli, żeby skończył, ale zostaje jeszcze kwadrans, który... trzeba zagadać. Robią się z tego trochę opowieści dziwnej treści, a każde zdanie rozwija nowy wątek. Ksiądz się męczy, wierni się męczą, wszyscy się męczą... Po co?
Dzisiaj było gorzej. Długość nie była problemem - tu się parę minut opóźni wejście, tu się zaśpiewa dłużej pieśni towarzyszące, tu ucałowanie relikwii i chwila na oddech przed mszą... Dało się to ograć. Schody zaczęły się w samym kazaniu. Po pierwsze, było czytane z kartki, a więc automatycznie nie dało się go słuchać. Po drugie, można by mieć do niego kilka wysublimowanych zarzutów teologicznych, ale to już wyższa szkoła jazdy. Po trzecie - co mnie w sumie nieco rozbawiło - fragment o tym, że "a więc i ty, człowiecze, słuchając tego kazania zjednocz się z Męką Zbawiciela, współczuj cierpiącemu Chrystusowi" - rzeczywiście, poziom kazania ułatwiał takie odniesienia. Ale...
jak można głosić, że Bóg jest dawcą cierpienia?
No jak?

Gdzie jest cała teologia nieskończonej dobroci Boga, gdzie nauka o grzechu pierworodnym i jego konsekwencjach? Gdzie Jezus, który uzdrawiał, a więc odbierał cierpienie? Gdzie "nie chce Bóg śmierci grzesznika" (Ez 33,11), gdzie "przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy obciążeni i utrudzeni jesteście..." (Mt 11,28-30)?
Dziwimy się potem niewierzącym, że nie chcą uznać istnienia dobrego, kochającego Boga. Może oni spotykają tylko takich katolików, którym co tydzień wmawia się, że całe zło, które jest w ich życiu pochodzi od Boga, który w taki sposób chce ich czegoś nauczyć?
Nie, ani słowem nie wspomniano w tym kazaniu o "szatanie, który jest głównym sprawcą zła" (z przyrzeczeń chrzcielnych).

Jak tak można?

wtorek, 11 marca 2014

odezwa

W weekend byłam w Krakowie. Oprócz wielu rozmów z ludźmi, których bardzo lubię (a po co innego przyjeżdżać do Krakowa?), z oczywistych (dla mnie) powodów zwiedziłam kolejne wymiary sfery sakralnej tego miasta. Mówiąc w skrócie: poszłam na mszę do kościoła mariackiego. Więcej chyba tego nie zrobię.
Był sobotni wieczór, msza już niedzielna. Odprawiona na szybko, jak obowiązek do "odwalenia". No i bez kazania, za to z... hm. no właśnie. Czymś, co zostało przeczytane jako "Słowo pasterskie Metropolity Krakowskiego na Wielki Post 2014 roku", ale tym tekstem nie było. Było w zasadzie cytatem z tego listu.
Nie wiem sama, cieszyć się czy płakać - listów zamiast kazania nie znoszę, fanką ks. kardynała Dziwisza nie jestem, w dodatku cierpiałam na poważny deficyt snu i skrócenie tych mąk było mi na rękę. Z drugiej strony, dla jakiejś części wiernych była to jedyna niedzielna msza, a kazanie na rozpoczynający się Wielki Post zostało ograniczone do informacji o zbliżających się uroczystościach 650-lecia konsekracji katedry na Wawelu.
(Przypomina mi to historię, być może już tu wspominaną - znajomy zakonnik zaspał i przybiegł chwilę przed mszą, którą miał odprawiać, zobaczył, że na liście, który był do odczytania, są jakieś podkreślenia, więc przeczytał tylko zaznaczone fragmenty. Brzmiało mu to wprawdzie nieco nieskładnie, ale z listami KEP różnie bywa. Potem okazało się, że przeczytał fragmenty, które zdaniem jego współbrata spokojnie można było opuścić.)
Głęboko mnie smuci to, że niektórzy katolicy chodzą na mszę tylko po to, żeby "wypełnić obowiązek niedzielny". Boli to, jak mało wagi przywiązują do tego, co się tam wydarza.
Ale pogodzić się nie mogę z tym, że z podobnego założenia wychodzą księża. Roznosi mnie, kiedy widzę, jak ksiądz przychodzi na niedzielny występ, z założenia jak najkrótszy. Nie szanuje ani Boga, ani siebie, ani ludzi. Zwłaszcza, że kazanie na temat biblijnych czytań albo sensu postu wcale nie musi być długie.

Swoją drogą, odszukałam sobie ten list w sieci, bo rozbawiło mnie jedno zdanie i chciałam sobie przypomnieć jego dokładne brzmienie. Mianowicie:

Kościół potrzebuje oczyszczenia, ale jest naszym wspólnym dobrem. Kościół jest dla wszystkich. Nie niszczmy tego dobra w sposób bezmyślny. Te słowa kieruję do tych, którzy nas niejako „zawodowo” piętnują.
Myślę, że adresaci się zgodzą z ks. kardynałem. Lepiej niszczyć rozmyślnie, będzie bardziej efektywnie.
Teraz tylko się zastanawiam, czy ksiądz nieszanujący Eucharystii nie piętnuje Kościoła "zawodowo"? I  czy nie robi tego właśnie bezmyślnie?

piątek, 7 marca 2014

ale zbaw mnie od nienawiści

Usłyszałam kiedyś określenie: "darzyli się głęboką chrześcijańską nienawiścią". Nie pamiętam już kontekstu, jednak sam zwrot siadł w pamięci, bo (niestety) zdarza mi się go powtarzać.

Różnie to bywa, jesteśmy tylko ludźmi. Nawet jeżeli niektórzy z nas są proboszczami, sąsiadami, blogerami, internautami, członkami duszpasterstw, studentami... Wszyscy jesteśmy grzesznikami, proste.
Dlaczego jednak tak dużo w nas niechęci, zawiści, pychy... Zgorszenia podziału. W polskim katointernecie od Popielca walczą ze sobą dwa największe portale. Podział na modernistycznych nomowców i anachronicznych tradsów coraz bardziej się pogłębia, choć założę się o dyszkę, że 70% polskich dominicantes nie ma najmniejszego pojęcia że jest lemingowym nomowcem (i dopóki nie wejdzie na katolskie strony, to się nie dowie).
W styczniu mieliśmy Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan, w tym roku pod hasłem "Czyż Chrystus jest podzielony?", zaczerpniętym z Pierwszego Listu św. Pawła do Koryntian. Od pewnego czasu odnoszę wrażenie, że powinniśmy rozpocząć nieustającą nowennę pokutno-błagalną o jedność katolików.

Jestem wciąż poruszona faktem, o którym dowiedziałam się niedawno: że Rudolf Hoess, komendant obozu koncentracyjnego w Auschwitz, przed samą karą śmierci za zbrodnie przeciwko ludzkości, nawrócił się. Wrócił do Kościoła, wyspowiadał, przyjął Komunię Świętą. To bardzo mocno mi uświadamia, jak totalnie nieograniczone jest Boże Miłosierdzie, jak bardzo nie ma dla niego granic. Druga rzecz, nie mniej ważna i łącząca się w pewien sposób z tym, od czego zaczęłam: to, co zaczęło wzbudzać w nim skruchę, to fakt, że - kiedy w ramach procesu - był skierowany do polskich więzień, traktowano go tam jak człowieka. W jednych z ostatnich notatek wspomina nawet, że niektórzy z jego strażników to byli więźniowie, pokazali mu numery na przedramionach. I mimo tak wielkiego okrucieństwa, za jakie był odpowiedzialny, wciąż traktowano go jak człowieka - to było dla niego szokiem. Dla mnie to pewien heroizm miłości tych wszystkich, którzy mieli możliwość się zemścić. Chciałabym umieć tak kochać. Ta historia pokazuje przede wszystkim, że o. Maksymilian Kolbe miał rację - tylko miłość jest twórcza, tylko miłość ocala.

Dlaczego więc my wszyscy, w takich prostych, codziennych sytuacjach, nie umiemy kochać siebie nawzajem?

=== edytowane:
Jakiś czas temu rozmawiałam z koleżanką o zakonniku, który po święceniach diakonatu postanowił odejść, ale - jak się okazało - po jakimś czasie wrócił.
Dziś, w ramach "jeszcze tylko przeczytam całego fejsbuka i biorę się do roboty" i przeglądaniu tablic niektórych znajomych moich znajomych, trafiłam na zdjęcie i informację, że jakiś nieznany mi zupełnie człowiek "znów jest w klasztorze, znów w habicie". Na zdjęciu był człowiek tak radosny, że aż się wzruszyłam.

Pozostaje tylko prośba o modlitwę za bliskiego sercu X., który odszedł, ale chyba na razie na tyle, że jeszcze nie jest za późno.

środa, 5 marca 2014

czas na ascezę!

Odnoszę wrażenie, że jedną z przyczyn naszych problemów i poczucia nieszczęścia jest to, że nie umiemy zatrzymać się w okolicy złotego środka - mamy skłonności do przesady. Działamy albo na 200%, albo wcale. Może i czasem ma to swoje zalety, ale jednak nie zawsze.
Piszę o tym dlatego, że nieco szkoda mi ascezy.
No właśnie. Prawdopodobnie Twoje pierwsze skojarzenie mieści się jakoś w pobliżu biczowania, literacko nośnego św. Aleksego spod schodów, św. Szymona Słupnika, ewentualnie chodzenia w worze po ziemniakach, darcia włosów z głowy i żywienia się jedynie chlebem i wodą. Generalnie - powrót przynajmniej do głębokiego średniowiecza.
A przecież wcale tak być nie musi. Jasne, pożegnaliśmy się już dawno z podziałem na "dobrą duszę i złe ciało", ale mniej lub bardziej drobne praktyki ascetyczne są czymś bardzo cennym. Dlaczego? Po pierwsze, uczą wychodzenia z wygody, pokazują, że ona wcale nie musi być najważniejsza. Po drugie - uświadamiają, że do szczęścia potrzebujemy naprawdę niewiele. Po trzecie - ćwiczą ducha, a to cenna wartość, która może się przydać w obliczu nagłych spraw naprawdę ważnych. I po czwarte - last but not least - przez to wszystko zbliżają nas do Boga, do świętości.
Dlatego właśnie myślę sobie, że dobrze jest różne drobne ascezy i umartwienia praktykować. A rozpoczynający się Wielki Post sprzyja temu jak żaden inny czas. Myślę też, że warto się zastanowić i do tradycyjnych postanowień (które w znakomitym procencie przypadków opierają się na odrzuceniu alkoholu i/lub słodyczy) dorzucić coś nowego. Coś nowocześnie ascetycznego. Ja przejrzałam w tym celu troszkę internetów i sporo własnej głowy pod prysznicem i mam parę pomysłów - można skorzystać. Bo czy tak wielkim ciężarem jest na przykład:
- nie używać poduszki (albo pościeli w ogóle - koc lub śpiwór i ewentualnie coś twardego pod głowę wystarczą)
- brać prysznic trochę chłodniejszy niż komfortowy
- zrezygnować z windy i biegać po schodach
- przestać używać budzikowej drzemki - wstawać od razu, kiedy tylko zadzwoni
- nakładać na talerz mniej jedzenia, niż chcielibyśmy zjeść i rezygnować z dokładki
- oddać część swoich ubrań potrzebującym
- nie włączać telewizora czy komputera po kolacji
- zrezygnować z telefonowych aplikacji
- brać na siebie te domowe obowiązki, których się nie lubi
- zrezygnować z oglądania seriali?

Co więcej, jak kiedyś powiedziała pewna moja znajoma, "łatwiej jest nie jeść czekolady niż zrobić coś dobrego".  Może więc zastanów się nad małymi dobrymi rzeczami dla innych? Na przykład:
- codziennie pisać list, mejla, wiadomość albo dzwonić do kogoś, z kim mamy słabszy ostatnio kontakt (codziennie do kogoś innego) - na przykład z podziękowaniami za dobro, które otrzymaliśmy w tej relacji
- zostawiać w różnych miejscach karteczki samoprzylepne z pozytywnym przesłaniem
- codziennie robić coś dobrego dla współlokatorów/współpracowników
- codziennie modlić się za kogoś, kto potrzebuje tej modlitwy - może "adoptować" księdza czy misjonarza albo zrobić sobie kalendarz i uwzględnić w nim znajomych (za mało dni? módl się więcej!)
- codziennie robić zdjęcie czemuś dobremu, za co jesteś wdzięczny i zbierać te zdjęcia w widocznym miejscu (może fejsbukowym albumie?).

Wierzę, że masz jeszcze parę pomysłów. Jeśli chcesz, podziel się nimi w komentarzu - Wielki Post dopiero się zaczął, może zainspirujesz kogoś do drobnej ascezy?

niedziela, 2 lutego 2014

oni

Pierwszy, którego pamiętam, przyszedł do mnie jakieś 17 lat temu, w zimowy wieczór. Wydawał mi się straszny, dziś myślę, że głównie przez wzrost (i masę) i fakt, że podobne wizyty zawsze łączyły się ze stresem. Dziś już na szczęście - we mnie - dużo mniejszym.
Później kilkuletnia przerwa, choć na pewno z jakimiś wyjątkami - cóż, w pamięci się nie zachowały. Potem zaczęłam kojarzyć kilku w gimnazjum, na początku z wielką niechęcią i prześmiewczo, w miarę dorastania - poważniej, bardziej ludzko. Pierwsze poważne zmiany zaczęły się w liceum - nawiązały się ludzkie kontakty, wiele z nich utrzymywanych do tej pory. Okazało się też wtedy, że istnieją takie kobiety, niektóre szalenie inspirujące.
Nagle się okazało, że kilku kolegów chce do nich dołączyć. Chyba większość wróciła do domu, część pozostała. Przy okazji ujawniło się wiele nowych odcieni tej rzeczywistości.
Studia i przeprowadzka do dużego miasta umocniły te szersze perspektywy. Kolejne relacje, kolejni znajomi. Być może przyjaźnie to za duże słowo, na pewno serdeczna więź i świadomość, że możemy na siebie liczyć. Co trwa aż do dziś i wciąż się pogłębia, poszerza.
Kilku, dokładniej trzech - w pewnym momencie wybrało inaczej, pozostawiając pewien smutek, współczucie i bolesną ranę.
Co się wydarzyło w tych relacjach? Dużo śmiechu, współdzielenia radości, ale i wiele poważnych rozmów, moich łez, wsiąkających w (raczej metaforyczny) rękaw. Przynajmniej kilkukrotne ratowanie mnie z poważnych tarapatów, czy to logistycznych, czy - dużo głębszych - duchowych i ogólnożyciowych. Wiadra modlitwy, wspólnej i/lub wzajemnej. Niezapomniane przygody i wspólnie spędzany czas, w mniejszych i większych grupach, bliżej i dalej (a nawet najdalej).
Kiedyś próbowałam policzyć, ile ich znam. Pogubiłam się. W znajomych na fejsbuku - 40, prawie 1/10. W książce telefonicznej - podobna liczba. W sercu dużo więcej.
Ty też ich znasz, na pewno kilku z mediów, być może osobiście. Być może jesteś jednym z nich. Albo będziesz ;)

Dziś, 2 lutego, Ofiarowanie Pańskie. Dzień Życia Konsekrowanego, czyli po prostu Dzień Zakonnicy i Zakonnika. Dla mnie - dzień szczególnej wdzięczności Bogu za wezwanie tych kilkudziesięciu i wdzięczności im za realizację i otwarcie. I dzień modlitwy, o którą także Ciebie proszę.

piątek, 12 kwietnia 2013

z prądem!

Od pewnego czasu chadzam w niedzielę na bardzo wieczorną mszę, która zazwyczaj jest recytowana. Tak też było niemal tydzień temu, w dzień zwany w kościelnym slangu "Niedzielą w Oktawie Wielkanocy czyli Miłosierdzia Bożego". A skoro msza recytowana, to na początku antyfona. Internety mówią (bo pamięć milczy), że było zdanie z Pierwszego Listu św. Piotra: Jak niedawno narodzone niemowlęta, * pragnijcie duchowego niesfałszowanego mleka, * abyście dzięki niemu wzrastali ku zbawieniu. * Alleluja. Uderzyło mnie wręcz, że znaczna część ludzi w kościele odpowiedziała na te słowa, dodając jeszcze jedno alleluja. Nie wiem, na ile to była mechaniczna odpowiedź (pytanie tylko, gdzie wyćwiczona), a na ile rzeczywiste, radosne alleluja, wypływające, mniej lub bardziej świadomie, z radości ze Zmartwychwstania. Dość dodać, że przy kolejnych antyfonach ta odpowiedź też była, co więcej - zdarzyło mi się być w tym samym kościele na mszach w ciągu mijającego tygodnia - i to alleluja wciąż padało (oczywiście ciszej, proporcjonalnie do liczby wiernych).
Święta, święta i po świętach... Czy na pewno? Zmartwychwstanie jest takim "strzeleniem korków" w instalacji całego świata. Niby potem wszystko wraca do normy, niby dalej działa tak samo - bo przecież dalej grzeszymy - ale wiadomo, że już to długo nie pociągnie, zwłaszcza jeśli nie będziemy uważać. Moglibyśmy niby te duchowe bezpieczniki "zawatować", ale wtedy mamy niemal gwarancję, że wszystko się popali i może jeszcze większą tragedię spowoduje.
Dlatego dostajemy "pełnię łask paschalnych". Dlatego im częściej codzienność powtarza "alleluja", tym lepiej.

I jeszcze jedna migawka, z dzisiejszej mszy. Idę do Komunii - jakoś tak wyszło, że na końcu procesji. Podchodzę już do kapłana, przyklękam, wstaję, a on patrzy na mnie i mówi "nie ma" i pokazuje mi pustą patenę. No tak, normalne, chwilę poczekam i dostanę z innego sortu, to znaczy dużego kielicha, tzw. cyborium. Ale w czasie kiedy ojciec szedł do ołtarza i wracał - gonitwa myśli. Pierwsza - dobrze że kilka godzin wcześniej poszłam do spowiedzi - jestem przeciwnikiem szukania takich "znaków", ale jednak pewnie bym się z tym dźwigała przez jakiś czas. A potem? Mieliśmy dziś Ewangelię o rozmnożeniu chleba, wersję Marka analizowaliśmy rano na zajęciach. Wtedy zostały kosze ułomków, a dziś? Zabrakło? Nie! Dla jednej osoby, o ile ze strachu nie zwieje, jest przygotowany pełny kielich, aż z górką - choć wystarczy tylko jeden kawałek. Jezus oddaje się cały, nie ma potrzeb, których nie mógłby wypełnić. I to nawet dla jednego człowieczka.
Czymże jest człowiek, że o nim pamiętasz,
czym syn człowieczy, że troszczysz się o niego? (Psalm 8)

czwartek, 28 lutego 2013

puste krzesło

17 dni temu... Szok i niedowierzanie. Zaraz potem podziw dla wielkości decyzji.

Dziś - msza churchingowa, akademicka, zaczęła się o 19:30. Chwilę po tajemnicy wiary spoglądam na zegarek. Jest 20:01. Ksiądz modli się: "zachowaj nas w łączności z naszym biskupem Marianem i całym duchowieństwem". I... jakiś taki smutek. Gość koło mnie aż chrząknął.

Benedykta XVI spotkałam trzy razy. Pierwszy w Krakowie, na Błoniach. Pamiętam, że wieczorne czuwanie papieża z młodymi było dla mnie jakieś... słabe? Dziś usprawiedliwiam się, że byłam jeszcze młoda i głupia, no i bardzo przyzwyczajona do papieskich przemówień po polsku (swoją drogą, nigdy niesłyszanych na żywo). Potem noc w zasadzie po drugiej stronie ulicy, bliżej niż większość hierarchów - na karimacie w krużgankach u franciszkanów. I drugi dzień, msza, tłum ludzi... Emocjonalnie pewnie niewiele lepiej, ale za to kazanie - a w zasadzie jedną myśl z kazania - zapamiętałam bardzo dobrze, często ją sobie później przypominałam. Tę o mocnym staniu na ziemi i wpatrywaniu się w niebo.
Drugi raz, dwa lata później. Światowe Dni Młodzieży w Sydney. Długo by pisać, trudno mi też coś rozdzielić, bo cały ten czas to pasmo przeżyć wartkich. Na pewno niesamowite doświadczenie jedności Kościoła zjednoczonego tam, gdzie jest papież. Właśnie w tej kolejności, choć my byliśmy tam wcześniej.
I Hiszpania, kolejne Światowe Dni Młodzieży. W moim odczuwaniu wszystkiego wręcz namacalna zmiana związana z przyjazdem papieża. Jeszcze dzień wcześniej - wkurzający chaos, tłum, zmęczenie. A od momentu oczekiwania na Benedykta XVI na ulicach Madrytu - wielka radość, znów poczucie jedności z tymi tysiącami ludzi z całego świata i jakiś dziwny spokój - "jak bardzo się nie znają ci, co mówią o Kościele w kryzysie wśród młodych - krzyczymy po hiszpańsku "Tutaj jest młodzież papieża" - jesteśmy razem, jesteśmy z nim". Na koniec całych ŚDM niezapomniane przeżycie z lotniska Cuatro Vientos. Ogromna burza, przemoczony papież, głęboka, niemal namacalna jedność. I uciszenie burzy.

Ktoś napisał na facebooku "w tych trudnych chwilach wszyscy jesteśmy sedewakantystami". Wszyscy patrzymy na stolicę Piotrową (sedes), która jest pusta (vacans). I o ile wierzę, że już niebawem kardynałowie wybiorą pełnoprawnego papieża, o tyle zgadzam się z tym, że chwile są trudne. I będą. Tym bardziej powinniśmy się modlić za kard. Józefa Ratzingera.

niedziela, 29 lipca 2012

jako Kościół - ocaleni

Z zaskoczenia dla części znajomych, a nawet dla siebie samej, wzięłam udział we Franciszkańskim Spotkaniu Młodych. Portfel płacze od dawna, magisterka woła, a mnie coś w środku (śmiałam się nawet, że głosy w głowie) kazało jechać. I nie żałuję.
Tydzień w zasadzie wyjęty z życiorysu. Odludzie Kalwarii Pacławskiej, gdzie widok z pola namiotowego jest taki, że aż chce się wstawać, a sieć komórkowa od czasu do czasu wita na Ukrainie. Odludzie z ponad tysiącem osób. I z Bogiem, przede wszystkim.
Przeorał mnie na wszystkie strony. Porozwalał w zasadzie cały, pieczołowicie zbudowany świat. Postawiony na złudzeniach, protezach i tańszych zamiennikach. I wybudował nowy. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby taka burza przeszła gdzie indziej, w codzienności.
Przychodził codziennie, w zasadzie cały czas. W mszach z kazaniami, że aż czasem buty spadały, w nietypowych nabożeństwach, którymi dotykał przycisków od łez, w całodobowej adoracji, wreszcie w innych ludziach - zaproszonych gościach, ale i zwyczajnych-niezwyczajnych uczestnikach, zwłaszcza takich od mniej lub bardziej nocnych rozmów.

Wydawało mi się, że już za dużo przeżyłam, żeby wydarzyło się coś takiego. Że teraz to moje chrześcijaństwo to będzie spokojny rejs w stronę zachodzącego słońca. A okazało się, że - zgodnie z FSM-owym logo - dookoła statku jest nielicha burza, z której tylko Jezus ocala.

I to nie jest tak, że teraz, po powrocie, życie jest cudownie odmienione. Że nie wracają dobrze znane lęki i jeszcze lepiej znane pokusy. Wręcz przeciwnie. Już dzisiaj przyszły i biły po twarzy na dzień dobry. Ale zmienia się spojrzenie. I przychodzi nadzieja, że już niebawem nie zabolą.

czwartek, 12 lipca 2012

lecim

Spędziłam ostatnio parę dni w Szczecinie. Wspaniały czas, przede wszystkim ze względu na ludzi, których widuję (zbyt) rzadko (bo Szczecin to jednak strasznie nie po drodze donikąd jest), ale też ze względu na ciągłe poznawanie - i miasta, i jakichś bardziej ogólnych prawd o sobie i świecie.
Mocy Bożego działania, tego jak On potrafi dać siłę i zapalić światło nawet w najciemniejszej norze.
Gdy jesteś tylko ty i On.
A ludzie, nawet gdy chcą być blisko i ty tego chcesz, i tak nie mogą podejść bliżej.
Na szczęście Kościół wymyślił sposoby już dawno. I dał świętych, których "przykład nas poucza". Oby nie na błędach.

A z innej beczki. Potrzebuję kilku dni, żeby wypracować magisterkę. Proszę o modlitwę, trzymanie kciuków bądź innych artefaktów, jeśli wierzycie, że to może pomóc. I w tej sprawie, i w testach tego, co napisałam wyżej.

środa, 11 lipca 2012

strumień światła

Bardzo lubię obrazy i ilustracje, na których osoba modląca się przedstawiona jest w strumieniu płynącego z góry światła. Może to nieco naiwne wyobrażenie, ale zawsze wydaje mi się, że wiele mówi o modlitewnej rzeczywistości.

Szłam dziś na mszę do jednego z kościołów na przedmieściach. Stoi kawałek za tramwajową pętlą, trzeba było przejść drogą pomiędzy ogródkami działkowymi a kamienicami. Stosunkowo cicho i spokojnie, więc zaczęłam idąc odmawiać różaniec.
Ni stąd, ni zowąd, jakichś 50 metrów przede mną, z otwartej bramy na drogę wybiegło dziecko. Malutkie, mogło mieć ze 2-3 lata. Za nim - krzyk matki, bo szkrab przebiegał przez jezdnię, po której sunęła wielka ciężarówka. Zdążył na chodnik. Potem już bezpieczne ramiona ojca i płacz matki, którą opuściło przerażenie.

Pisałam kiedyś o modlitwie, która jest błogosławieństwem. Ciągle się zastanawiam - skoro nie ma przypadków - dlaczego pojechałam tam właśnie dziś, choć wybierałam się od miesiąca, dlaczego właśnie tym tramwajem i szłam właśnie w tej porze. Jak napisała mi K., "to nie chodzi o doświadczenie samego daru, ale przede wszystkim Dawcy". I chyba tutaj trzeba Go szukać.

czwartek, 5 lipca 2012

najpierw

Ponoć dobrych nowin możemy bać się tak samo jak złych. Pokazały to dzisiejsze czytania - najpierw wygnali proroka, bo ostrzegał o konsekwencjach, potem wściekli się na Jezusa, bo odpuścił grzechy i przyniósł miłosierdzie*.
A ze strachem przed dobrymi nowinami jest trochę tak, jak z blokadą w wierze w miłosierdzie, w Boże działanie, w cuda. W cuda, które się dzieją. Codziennie i obok nas.
Czasem wystarczy powiedzieć "a rób co chcesz, ja nie mam siły na nic".

A czasami trzeba najpierw samego siebie przekonać, żeby On robił, co chce.

* zainspirowane dzisiejszym kazaniem

czwartek, 14 czerwca 2012

fa caldo

/miało być wczoraj, ale poziom zabiegania pokonał dobre chęci/

Antonio. Antoni z Lizbony, zwany Antonim z Padwy. Na początku się nie lubiliśmy, potem nastąpił pewien przełom (potwierdzony znakami i cudami) i teraz jest jednym z moich lepszych znajomych po drugiej stronie. W sierpniu miałam nawet okazję modlić się w miejscu jego chrztu, jest moc.

Tak sobie myślę, że im święty jest bardziej znany, tym łatwiej spłaszczyć jego nauczanie. Dość wspomnieć Papieża kremówek czy niegroźnego, biegającego po łąkach wariata, Franciszka z Asyżu. Z Antonim jest podobnie. Powszechnie kojarzy się z odnajdywaniem zgub i przywracaniem przedmiotów skradzionych. Jedna z popularnych pieśni z nim związanych zaczyna się od słów: Jeśli cudów szukasz, idź do Antoniego... Ja też widzę, na podstawie paru historii swoich i znajomych, że naprawdę nieprawdopodobne, czasem trudne rzeczy pomaga wyprosić. (A przy okazji wczorajszego meczu pokazał, że mimo przydomka jest Portugalczykiem).

Dlatego bardzo spodobała mi się modlitwa na ten dzień (swoją drogą, jak to jest, że człowiek nagle odkrywa coś w tekście, który zna na pamięć?):
Wszechmogący, wieczny Boże, Ty dałeś swojemu ludowi świętego Antoniego z Padwy, znakomitego kaznodzieję i orędownika ubogich, spraw, abyśmy za jego wstawiennictwem prowadzili życie zgodne z Ewangelią * i we wszelkich przeciwnościach doznawali Twojej pomocy. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, * Bóg, przez wszystkie wieki wieków.
I tyle. Nie trzeba być superkaznodzieją, ukazywać niedowiarkom, że przed Chrystusem Panem nawet zwierzęta klękają, wskrzeszać umarłych i uciszać morza. Wystarczy "żyć zgodnie z Ewangelią". I jeżeli to uda się Antoniemu dla nas wyprosić, to może być naprawdę wielki cud.
A niesłychane historie? Też przyjdą. W odpowiednim czasie.

wtorek, 17 kwietnia 2012

czyja to wina

Z próśb dzisiejszych nieszporów:
Ty na brzegu morza przygotowałeś uczniom chleb i rybę do spożycia,
- nie dozwól, aby ludzie z naszej winy ginęli z głodu.
Wysłuchaj nas, Chryste, żyjący na wieki.

To nie była jedna z modlitw, nad którą da się nie zatrzymać. No bo jak? Przecież nie może chodzić o to, że odmawiający chodzą do najuboższych i zabierają im ostatnie jedzenie. Niewielu mogłoby kogoś zwolnić i zabrać mu jedyne środki do życia. Gdzie tu sens, gdzie logika?
Zastanawiałam się w święta, dlaczego modlę się przed jedzeniem. Jedna z wielu wersji tej modlitwy, często wypowiadanej jednym tchem, brzmi lekko dwuznacznie: i spraw, aby nikomu nie zabrakło chleba. Przez Chrystusa... W nieszporach - zderzenie. Przeze mnie ktoś ginie z głodu.

A przecież nie mogę być drugą Matką Teresą, nie dam rady rzucić dosłownie wszystkiego i biegać po mieście, szukając tych, którzy nie mają pieniędzy na jedzenie (ani na wódkę).
Co robić?

czwartek, 8 marca 2012

animizacja

Anima Christi, sanctifica me.
Corpus Christi, salva me.
Sanguis Christi, inebria me.
Aqua lateris Christi, lava me.
Passio Christi, conforta me.
O bone Iesu, exaudi me.
Intra tua vulnera absconde me.
Ne permittas me separari a te.
Ab hoste maligno defende me.
In hora mortis meae voca me.
Et iube me venire ad te,
ut cum Sanctis tuis laudem te
in saecula saeculorum. Amen

Pośpiewaliśmy po polsku. Dziś na próbie, jeszcze w niedzielę. Wspaniała jest ta modlitwa, dotyka głębi. Dzwoni w uszach, kiedy klękam przed Nim.
Trudny ten Post. Nie jest łatwo zatrzymać się w szalonym pędzie przez chwile i miasta i przyjrzeć Ukrzyżowanemu. Zwłaszcza kiedy chcę, żeby wszystko szło przeze mnie. W tej pieśni to "ja" jest na końcu. Moja mama opowiada historyjkę, że kiedy uczyła się łacińskiej odmiany "ego, mei, mihi, me, me; tu, tui, tibi, te, te", jej tata myślał, że odmawia jakieś dziwne modlitwy. Nic dziwnego, mówiąc i myśląc ciągle o sobie łatwo się zapętlić, nie widzieć niczego i nikogo innego. A tylko ukrycie się w Jego ranach, choć bolesne, pozwoli odnaleźć Sens i ochroni przed złym wrogiem. Tylko Jego męka może mnie wzmocnić. Tylko Zbawcę mogę prosić, żeby nie pozwolił mi się od Niego oddalić i wezwał w ostatniej godzinie. Krew Boga to życiodajny napój. Na wieki wieków.

wtorek, 28 lutego 2012

paternoster

Ojcze nasz...
Modlitwa Pańska. Powszednia, jak chleb i powietrze. Odmawiana setki razy, codziennie w liturgii, wchodzi w różaniec, w pacierz. Bliska i pierwsza. 7 próśb, które znam jak swoje, a za każdym razem ukazują coś nowego. Bóg uczy, jak mówić do Boga. Niewyczerpane bogactwo.

Kiedy prośby wreszcie się wypełnią? Kiedy wypełni się Jego wola, kiedy przyjdzie Królestwo? Kiedy Imię będzie otaczane taką czcią, że nic nie zwiedzie na pokuszenie? Kiedy zakosztujemy pełni smaku zbawienia od złego? Winy będą odpuszczone i będziemy pożywiać się Chlebem.

Dzień Jego przyjścia. Bliski, daleki? Modlitwa Pańska zachęca do Bożej niecierpliwości, do nagabywania jak zrzędliwa wdowa.

niedziela, 25 grudnia 2011

po pasterce

Parę lat interesowania się liturgią, początki zajmowania się nią naukowo - wydawało mi się, że już coś tam wiem. A pasterkowe kazanie o zdziwieniu, ludzkim zdziwieniu w związku z Bożym Wcieleniem, dokładnie oddało to, co czułam obserwując poczynania szeroko rozumianej służby liturgicznej, z celebrującymi włącznie.

Ale i tak, to wszystko blednie. Narodził się. Wtedy w stajni, dziś w nocy na ołtarzu. Nie wiem jeszcze, co to znaczy. I pewnie się w tym życiu nie dowiem. Ale przeczuwam, że to jest gdzieś bardzo blisko Tego Najważniejszego. Sensu. I zbliżania się do tegoż Sensu codziennie życzę Tobie i sobie.

wtorek, 20 grudnia 2011

Jeden

Patrzę ostatnio na różańcowe tajemnice jako obraz jednego. Jednej myśli, uczucia, aspektu. Doświadczenie podpowiada, że potwornie ciężko jest myśleć o całym Zwiastowaniu. Że łatwiej nie uciekać, jeśli skupisz się na radości, zaskoczeniu, nadziei, zaufaniu... Doskonałe Jedno.

Wtedy nawet w środku studenckiego miasta można wejść w samotność w Ogrójcu.

czwartek, 15 grudnia 2011

et lux perpetua

Niespodziewanie odszedł do Pana mój wykładowca.
Ks. prof. Piotr Nitecki, specjalista od katolickiej nauki społecznej, bardzo mądry gość, zginął w wypadku samochodowym.

Proszę o modlitwę za niego i jego bliskich.

A wczoraj zaspałam na wykład. Ostatni.

środa, 30 listopada 2011

dez-orient

Świętego Andrzeja, patrona prawosławia. "Skasował" mi Psalm 23 z liturgii, ale za to zbiegł się z dniem, w którym - jak w każdą adwentową środę - w moim duszpasterstwie śpiewa się Akatyst ku czci Bogarodzicy.
Hymn ze Wschodu w dzień Wschodu. Wszystko na Zachodzie. W oczekiwanie na powtórne przyjście Pana wpisuje się oczekiwanie na pojednanie Wschodu z Zachodem.
Przyjdź, Pojednanie, już więcej nie zwlekaj.