czwartek, 13 września 2012

Mistrz millenium

Pochłonęłam "Zapiski więzienne" kard. Wyszyńskiego. Niesamowite. Duchowy gigant, z jednej strony świadomy swojego znaczenia dla Kościoła, z drugiej - wprost piszący o pysze, o trudzie przyjęcia Bożego planu. Z totalnym niezrozumieniem sytuacji, w którą go wrzucono i wielką miłością do nieprzyjaciół.
Czasem trudno ustawić sobie priorytety żyjąc w wolności, niełatwo za nimi podążać. Wyszyński trochę brutalnie osadza w rzeczywistości - bo skoro w takich realiach można było... Pamiętam, że pierwszy raz o jego postawie w więzieniu usłyszałam w okolicach klasy maturalnej. Po paru latach widzę, jak ważnych rzeczy uczył - nie tyle słowem, co sobą.
Polecam do przeczytania, bo choć czasy tamtego systemu szczęśliwie minęły, do pełni duchowej wolności wcale nie mamy o wiele bliżej.

wtorek, 4 września 2012

starość, zło i grzybki w sosie

Dzieje się. Dużo się dzieje, aż trudno nadążyć. Przeprowadzki, wyjazdy, szkolenia, spotkania... Ciągły bieg, a meta we mgle. I trzy uchwycone dziś momenty.

Kolejki do wejścia na seminaryjne konsultacje zmuszają do pewnego rodzaju bierności. Spędziłam dziś pół godziny na gapieniu się w drzwi. Odmiana po długim czasie nieustanego trzeba coś robić, zaraz gdzieś biec, ewentualnie wreszcie mogę się wyspać. Bez komputera, z rozładowanym telefonem. Pół godziny milczenia przerywanego dzień dobry w stronę przemykających tu i ówdzie pracowników naukowych.
Wtedy dopiero zrozumiałam, że kończę studia. Że ten instytut, świadek łez i zjeżdżania po poręczy z radości, właśnie przestaje być "moim" instytutem. W zasadzie do scenki rodzajowej brakowało ciemnej tkaniny, świecy, lustra i czaszki.

Druga rzecz to zło. Zło, które czai się wszędzie, i nie mam tu na myśli ataków paranoi czy teorii spiskowych. W niedzielę było o tym co złe, co pochodzi z wnętrza. Pisząc pracę w zasadzie cały czas w tym siedzę. Dokarmiam się fejsbukiem i ludźmi, którzy chcą być bardziej papiescy od papieża, zamiast tak miłosierni jak Miłosierny. Bo to często jest tak jak u św. Pawła - chcę dobrze, wychodzi... jak zwykle. Na szczęście Bóg wie, że "zwykle" i zostawił sakrament, który otwiera oczy na dobro.
Ostatnio często myślę o tym, co jakoś zaczęłam przeczuwać w trakcie ostatniej obecności w Harmężach koło Oświęcimia i w samym obozie Auschwitz - kto wie, być może największymi ofiarami II wojny światowej byli oprawcy? Nie chcę ich usprawiedliwiać ani umniejszać cierpieniom tych pomordowanych, zamęczonych... i właśnie dlatego zastanawiam się - czy to nie oni - ci, którzy wybrali zbrodnię - w ostatecznym rozrachunku stracili najwięcej?
A jednak dobro jest większe i - co najważniejsze - zwycięża.

I trzecia rzecz, już taka zupełnie drobna. Czasem w najmniej spodziewanym miejscu można poczuć się jak przy domowym stole, przy którym tak naprawdę nigdy się nie siedziało. Franciszkanie mawiają, że do Tomaszowego "Łaska buduje na naturze" trzeba dodać "najedzonej i wyspanej". I przynajmniej połowicznie mają rację.

wtorek, 21 sierpnia 2012

ksenofobia

Hejterzy na demotywatorach awanturują się, że z Bogiem nie da się rozmawiać, bo On nie ma jak odpowiedzieć. Zrozumienie, że tu niekoniecznie chodzi o głos w głowie (bo temu się rzeczywiście powinien przyjrzeć lekarz), a o takie czy inne układy rzeczywistości lub po prostu Biblię wymaga pewnego wysiłku i dobrej woli. Albo po prostu kopnięcia przez Słowo butem w głowę.

Jeden z moich ulubionych ostatnio kaznodziejów tłumaczył, że "prawdziwość" proroka sprawdzano w Izraelu między innymi przez to, że mówił rzeczy trudne, i że to samo dotyczy prawdziwości Pisma Świętego. Moglibyśmy załagodzić sobie wymowę Ewangelii i żyć w słodkim, różowym świecie. Pytanie, czy zapadając w wieczny odpoczynek nie obudzilibyśmy się z ręką w nocniku.

Dzisiejsze czytanie z Ezechiela nie jest plasterkiem na bolące rany. Władca Tyru, a w nim być może ja i ty, poustawiał sobie wszystko tak pięknie, że postawił się na równi z Bogiem. To stara śpiewka, znana ludziom już od czasów Adama i Ewy z rodziną. A skoro znana, to lubiana, bo przyzwyczailiśmy się do tego. Budujemy sobie nasze małe światy tak pięknie i perfekcyjnie, że Boga nam już nie brakuje. Do czasu.
Bo, co tu dużo mówić - ludźmi jesteśmy, a nie Bogiem. Przychodzi ten nieszczęsny "cudzoziemiec, najsroższy spośród narodów". Przychodzi słabość, upadek, grzech. I wtedy już wiem, że Bogiem to ja nie jestem.

Do czasu, chciałoby się rzec. Do czasu aż przyjdzie "Ten, Który jest, Który był i Który przychodzi". Który ma moc zabrać to, co słabe i roztrzaskać to w proch. I poprowadzić dalej, choćby droga była przeraźliwie trudna.

statsy!

i stuknęły wczoraj dwa lata!

W tym czasie odwiedziliście blog 11 363 razy, czytając 343 posty i zostawiając 199 komentarzy.

Najwięcej razy otwarto post o (pozornej) wyższości Jana Pawła II nad Zmartwychwstaniem Pańskim: http://plagwitzer.blogspot.com/2011/02/jp2-vs-chrystus-10.html
Jeśli spojrzeć na miejsca, w których klikaliście link do bloga, przoduje oczywiście fejsbuk (1363), a na drugim miejscu jest blog Olgi (którą z tego miejsca pozdrawiam serdecznie) - 412 wejść.

Google mówi też, co wpisywaliście w wyszukiwarkę, żeby potem wejść na bloga. Moje ulubione zapytania (bo oczywiste są oczywiste):
dziwisz mason
hej dzieci jeśli chcecie
herod głupiec
blogspot interlinia
watykan i izrael już niedługo dojdą

Na koniec statystyk z serca dziękuję, zapraszam nieustająco i zachęcam do wspominania znajomym. Można też polubić blog na fejsbuku: http://www.facebook.com/plagwitzer

piątek, 10 sierpnia 2012

Dzień 9, Częstochowa Zacisze - Jasna Góra - Wrocław

Koniec. Aż trudno w to uwierzyć. Ostatnich 5 kilometrów, Aleje, zdjęcie, powitanie... i wreszcie Ona. Matka, do której szliśmy cały ten czas. Łzy w oczach.
Jeszcze msza na zakończenie i już do domu. Leczyć nogi i myśleć, jak to zrobić, żeby pójść za rok.

czwartek, 9 sierpnia 2012

Dzień 8, Czarna Wieś - Częstochowa Zacisze

Ostatni dzień intensywnego marszu. Wstawanie o absurdalnej godzinie aż boli. Idziemy, dziś moja grupa ma święto, bo wypada rocznica śmierci jej patronów: o. Zbigniewa i o. Michała, męczenników z Peru. Piosenki, malowanie twarzy, baloniki. Szau i radość. Potem "górka przeprośna" i msza, chwilę wcześniej pierwszy raz widać Jasną Górę. Idziemy dalej, zmęczenie daje się we znaki coraz bardziej, ale jakoś dziwnie nie cieszy myśl, że jutro o tej porze będziemy już wracać do domu. Dochodzimy na Zacisze. Ostatni raz stawiamy namiot, potem mycie, tuż pod Jasną Górą. Jeszcze próba scholi i za chwilę apel "z widokiem na Jasną".

środa, 8 sierpnia 2012

Dzień 7, Borki Wielkie - Czarna Wieś

Nogi już się buntują. Ale lecimy, dziś wspomnienie św. Dominika. Kiedyś to się świętowało... Teraz tylko msza, dla miłej odmiany z Kanonem Rzymskim. I namaszczenie chorych szeroko udzielane pielgrzymom. Ostatni postój w lesie i wielki smutek - zgubiłam swój ulubiony różaniec. I wreszcie Czarna Wieś, ze wspomnieniami sprzed dwóch lat. Jest mycie, medyk i apel.