17 dni temu... Szok i niedowierzanie. Zaraz potem podziw dla wielkości decyzji.
Dziś - msza churchingowa, akademicka, zaczęła się o 19:30. Chwilę po tajemnicy wiary spoglądam na zegarek. Jest 20:01. Ksiądz modli się: "zachowaj nas w łączności z naszym biskupem Marianem i całym duchowieństwem". I... jakiś taki smutek. Gość koło mnie aż chrząknął.
Benedykta XVI spotkałam trzy razy. Pierwszy w Krakowie, na Błoniach. Pamiętam, że wieczorne czuwanie papieża z młodymi było dla mnie jakieś... słabe? Dziś usprawiedliwiam się, że byłam jeszcze młoda i głupia, no i bardzo przyzwyczajona do papieskich przemówień po polsku (swoją drogą, nigdy niesłyszanych na żywo). Potem noc w zasadzie po drugiej stronie ulicy, bliżej niż większość hierarchów - na karimacie w krużgankach u franciszkanów. I drugi dzień, msza, tłum ludzi... Emocjonalnie pewnie niewiele lepiej, ale za to kazanie - a w zasadzie jedną myśl z kazania - zapamiętałam bardzo dobrze, często ją sobie później przypominałam. Tę o mocnym staniu na ziemi i wpatrywaniu się w niebo.
Drugi raz, dwa lata później. Światowe Dni Młodzieży w Sydney. Długo by pisać, trudno mi też coś rozdzielić, bo cały ten czas to pasmo przeżyć wartkich. Na pewno niesamowite doświadczenie jedności Kościoła zjednoczonego tam, gdzie jest papież. Właśnie w tej kolejności, choć my byliśmy tam wcześniej.
I Hiszpania, kolejne Światowe Dni Młodzieży. W moim odczuwaniu wszystkiego wręcz namacalna zmiana związana z przyjazdem papieża. Jeszcze dzień wcześniej - wkurzający chaos, tłum, zmęczenie. A od momentu oczekiwania na Benedykta XVI na ulicach Madrytu - wielka radość, znów poczucie jedności z tymi tysiącami ludzi z całego świata i jakiś dziwny spokój - "jak bardzo się nie znają ci, co mówią o Kościele w kryzysie wśród młodych - krzyczymy po hiszpańsku "Tutaj jest młodzież papieża" - jesteśmy razem, jesteśmy z nim". Na koniec całych ŚDM niezapomniane przeżycie z lotniska Cuatro Vientos. Ogromna burza, przemoczony papież, głęboka, niemal namacalna jedność. I uciszenie burzy.
Ktoś napisał na facebooku "w tych trudnych chwilach wszyscy jesteśmy sedewakantystami". Wszyscy patrzymy na stolicę Piotrową (sedes), która jest pusta (vacans). I o ile wierzę, że już niebawem kardynałowie wybiorą pełnoprawnego papieża, o tyle zgadzam się z tym, że chwile są trudne. I będą. Tym bardziej powinniśmy się modlić za kard. Józefa Ratzingera.
...nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu...
czwartek, 28 lutego 2013
środa, 9 stycznia 2013
oikos
Nie dalej jak wczoraj jeden z wykładowców wspomniał nam o
słowach, które wypowiedział XX-wieczny francuski teolog, Yves Congar: dziś nie powinniśmy pytać, „czy jesteś
wierzący, czy niewierzący”, ale raczej „w jakiego Boga wierzysz lub w jakiego
Boga nie wierzysz” (cytat z pamięci).
Kiedyś już mówił nam o tym jeden z duszpasterzy – może się okazać, że ktoś,
komu wydaje się, że jest zaciekłym antychrześcijaninem, zupełnie mieści się w
chrześcijańskiej doktrynie, odrzucając po prostu jedną z wielu karykatur Boga
czy Jego fałszywych określeń.
Kiedy dziś wieczorem wracałam do domu, na przystanku
zaczepiła mnie starsza kobieta. Zapytała, za ile minut odjeżdża jej tramwaj, a
potem powiedziała (skoro jestem taka miła), że jest chrześcijanką, żebym
czytała Słowo Boże i będę szczęśliwa. I
dalej:
[kobieta] bo ja właśnie wracam z chrześcijańskiego spotkania,
tu, niedaleko...
[ja] o widzi pani, a ja właśnie wracam z mszy, z kościoła
[k] oonieee, ja też kiedyś byłam katoliczką, musisz to
odrzucić, trzeba się modlić do żywego Boga, a nie do obrazów!
[ja] ależ ja się wcale do obrazów nie modlę, tylko do samego
Boga... (...) obraz mi czasem pomaga...
[k, przerywając] nie-nie. Ja byłam katoliczką, modliłam się
do obrazów i to było bałwochwalstwo...
Korciło mnie, żeby powiedzieć kobiecie, że w takim razie ona
żadną katoliczką nie była. Że szukała Boga w innych wyznaniach, bo nie znała
nauki Kościoła, w którym żyła. Że niepotrzebnie odchodziła od Kościoła i
sakramentów, wystarczyło się wsłuchać w to, co miała. Nie powiedziałam –
słyszałam już nadjeżdżający tramwaj, na który czekała. Na koniec jeszcze:
[k]może przyjdziesz do nas, do zielonoświątkowców? Uwierzysz
i przyjmiesz chrzest i poznasz Ducha Świętego?
[ja] ależ my się znamy!
Nie wiem, jak długo ta kobieta żyła w Kościele. Być może
przyjęła bierzmowanie. Tylko dlaczego Ducha Świętego poznała, jak twierdzi,
dopiero po wystąpieniu z Kościoła?
Ja śmiem twierdzić, że On działa w Kościele. W sakramentach,
w nauczaniu... pewnie. Ostatnio zaczyna mnie powoli fascynować takie działanie
jak w Dziejach Apostolskich – z pewnymi fajerwerkami, ale przede wszystkim na
bazie wiary. I świadomości tego, jak wielki Skarb mamy (Sam się dla nas
zrodził) i że nie trzeba Go szukać gdziekolwiek indziej.
środa, 12 grudnia 2012
w rekomgnieniu
Długi czas odkrywania banalnej prawdy, że nie da się rzetelnie prowadzić bloga, nie mając w miarę stałego dostępu do internetu. Dzięki K. przez jakiś czas będzie szansa.
A czas płynie i każe zmieniać punkt widzenia. Uczy przez pracę z dziećmi, że nie wszystko jest oczywiste. I jak tu ośmiolatkom wytłumaczyć, kto to jest kanalia? Uczy przez zimę, która podle trzyma - zupełnie inaczej niż rok temu. Bo i Adwent jakiś inny w tym roku - mniej wyrazisty, może dlatego, że czekam na tę paruzję codziennie. Uczy przez kolegów z roku, co dostali sutanny i kolegów z Krakowa, co się oddali Panu na wieczność. Przez ludzi chyba uczy najbardziej. I Słowo.
Bo rekolekcje - jedne, drugie, w międzyczasie trzecie.
Pierwsze warsztatowe, muzyczne, śpiewające - dla mnie dość mocno z zaskoczenia, trochę na ostatnią chwilę i niemal rykoszetem. Dobrze znane tłuczenie do głowy, żeby śpiewając myśleć o tekście. Żeby - na przykład - Ją zobaczyć. Że skoro śpiewasz o, najśliczniejsza, to zobacz najśliczniejszą. Dla mnie też trochę - zobacz człowieka, z którym śpiewasz, z którym się modlisz. Żeby potem śpiewać ten prosty utwór, o tekście starym jak chrześcijaństwo a melodii skomplikowanej odwrotnie proporcjonalnie do głębi modlitwy... i mieć ciary na plecach. Ciary, bo On przychodzi. I to już w pierwszą niedzielę Adwentu. A między śpiewaniem - Adam Szustak OP i żywa Biblia.
Drugie duszpastersko-akademickie. Przyjechał o. Krzysztof Pałys OP, znany mi już dużo wcześniej z bardzo dobrego bloga, a od pewnego czasu również osobiście. I to też - choć w inne struny uderza, to jednak mocno gra.
I trzecie - internetowe, też Szustakowe. Więc mocno po dominikańsku.
Zresztą, zimą radość ze stworzenia jest dużo trudniejsza. Rozwijająca. Franciszkańska w dobrze rozumianej pełni.
A czas płynie i każe zmieniać punkt widzenia. Uczy przez pracę z dziećmi, że nie wszystko jest oczywiste. I jak tu ośmiolatkom wytłumaczyć, kto to jest kanalia? Uczy przez zimę, która podle trzyma - zupełnie inaczej niż rok temu. Bo i Adwent jakiś inny w tym roku - mniej wyrazisty, może dlatego, że czekam na tę paruzję codziennie. Uczy przez kolegów z roku, co dostali sutanny i kolegów z Krakowa, co się oddali Panu na wieczność. Przez ludzi chyba uczy najbardziej. I Słowo.
Bo rekolekcje - jedne, drugie, w międzyczasie trzecie.
Pierwsze warsztatowe, muzyczne, śpiewające - dla mnie dość mocno z zaskoczenia, trochę na ostatnią chwilę i niemal rykoszetem. Dobrze znane tłuczenie do głowy, żeby śpiewając myśleć o tekście. Żeby - na przykład - Ją zobaczyć. Że skoro śpiewasz o, najśliczniejsza, to zobacz najśliczniejszą. Dla mnie też trochę - zobacz człowieka, z którym śpiewasz, z którym się modlisz. Żeby potem śpiewać ten prosty utwór, o tekście starym jak chrześcijaństwo a melodii skomplikowanej odwrotnie proporcjonalnie do głębi modlitwy... i mieć ciary na plecach. Ciary, bo On przychodzi. I to już w pierwszą niedzielę Adwentu. A między śpiewaniem - Adam Szustak OP i żywa Biblia.
Drugie duszpastersko-akademickie. Przyjechał o. Krzysztof Pałys OP, znany mi już dużo wcześniej z bardzo dobrego bloga, a od pewnego czasu również osobiście. I to też - choć w inne struny uderza, to jednak mocno gra.
I trzecie - internetowe, też Szustakowe. Więc mocno po dominikańsku.
Zresztą, zimą radość ze stworzenia jest dużo trudniejsza. Rozwijająca. Franciszkańska w dobrze rozumianej pełni.
wtorek, 6 listopada 2012
dźbry, czy są drzwi?
W jednej z moich ulubionych książek w pewnym momencie pojawia się wątek drzwi. W domu zamieszkiwanym przez główną bohaterkę używa się na co dzień wyjścia kuchennego, drzwi frontowe są stale zamknięte. W pewnym momencie zachodzi konieczność ich otwarcia, co łączy się z oczywistymi trudnościami.
Wydaje mi się, że człowiek też ma takie drzwi, jedne i drugie w zasadzie. Zazwyczaj korzystamy z tych bocznych, kuchennych. Czasem jednak uświadamiasz sobie, że pora otworzyć te frontowe. Może trzeba wpuścić kogoś ważnego, może kogoś skutecznie wypuścić. Może otworzyć wszystko i zrobić porządny przeciąg, tak żeby wywiało wszystko, co zbędne, stare, zastane.
A może po prostu wyjść z siebie, spojrzeć z boku i wrócić.
We wspominanej książce gosposia postanowiła (nauczona doświadczonymi trudnościami) otwierać te drzwi regularnie, bez wyraźnego powodu. Ot, żeby się nie zastały. Bo otwieranie takich "zastanych", być może porośniętych bluszczem, na pewno przykrytych grubym kurzem i dawno nie oliwionych drzwi to wielki wysiłek. Czasem nawet może się coś zniszczyć. Czasem nie uda się skontrolować przeciągu.
Ale to dobrze. Nowe jest lepsze.
Wydaje mi się, że człowiek też ma takie drzwi, jedne i drugie w zasadzie. Zazwyczaj korzystamy z tych bocznych, kuchennych. Czasem jednak uświadamiasz sobie, że pora otworzyć te frontowe. Może trzeba wpuścić kogoś ważnego, może kogoś skutecznie wypuścić. Może otworzyć wszystko i zrobić porządny przeciąg, tak żeby wywiało wszystko, co zbędne, stare, zastane.
A może po prostu wyjść z siebie, spojrzeć z boku i wrócić.
We wspominanej książce gosposia postanowiła (nauczona doświadczonymi trudnościami) otwierać te drzwi regularnie, bez wyraźnego powodu. Ot, żeby się nie zastały. Bo otwieranie takich "zastanych", być może porośniętych bluszczem, na pewno przykrytych grubym kurzem i dawno nie oliwionych drzwi to wielki wysiłek. Czasem nawet może się coś zniszczyć. Czasem nie uda się skontrolować przeciągu.
Ale to dobrze. Nowe jest lepsze.
czwartek, 27 września 2012
mądrość
Pisząc magisterkę, sporo się naczytałam o tym, jak głupi jest katolicyzm, a jak mądre nauki przyrodnicze.
Nie, nie będę teraz rozwodzić się nad tym, dlaczego to rozróżnienie jest błędne, a więc nie można go logicznie ocenić. Ani jaki to jest chwyt erystyczny. Może kiedyś.
Myślę tylko o tym, jak bardzo chcemy dziś być mądrzy, wykształceni... Jak bardzo spadła wartość magistra - po łacinie mistrza. I jak bardzo ta cała wiedza jest w życiu bezużyteczna.
Bo najłatwiej jest, kiedy się jakąś dziedzinę zaledwie liźnie, poczuć jakby pozjadało się wszystkie rozumy. Jakby miało się monopol na prawdę. Nie na darmo mawia się teologię ukończyłem, wiary ustrzegłem. I wtedy zaczyna się sceptycyzm wobec tych, co - wydawałoby się - wiedzą mniej. I zwątpienie, chyba we wszystko po kolei.
A prawdziwa wiedza? Ona bierze się z życia. I ze słuchania. Boga i ludzi, pewnie trochę też siebie samego.
Panie, naucz nas nieść jedność tam, gdzie panuje zwątpienie...
Nie, nie będę teraz rozwodzić się nad tym, dlaczego to rozróżnienie jest błędne, a więc nie można go logicznie ocenić. Ani jaki to jest chwyt erystyczny. Może kiedyś.
Myślę tylko o tym, jak bardzo chcemy dziś być mądrzy, wykształceni... Jak bardzo spadła wartość magistra - po łacinie mistrza. I jak bardzo ta cała wiedza jest w życiu bezużyteczna.
Bo najłatwiej jest, kiedy się jakąś dziedzinę zaledwie liźnie, poczuć jakby pozjadało się wszystkie rozumy. Jakby miało się monopol na prawdę. Nie na darmo mawia się teologię ukończyłem, wiary ustrzegłem. I wtedy zaczyna się sceptycyzm wobec tych, co - wydawałoby się - wiedzą mniej. I zwątpienie, chyba we wszystko po kolei.
A prawdziwa wiedza? Ona bierze się z życia. I ze słuchania. Boga i ludzi, pewnie trochę też siebie samego.
Panie, naucz nas nieść jedność tam, gdzie panuje zwątpienie...
środa, 26 września 2012
zrób się na u-bóstwo
W drugim dniu nowenny do św. Franciszka modlimy się o dar umiłowania ubóstwa.
Ubóstwa, a nie biedy. Czegoś dobrowolnego, co nie ogranicza, ale daje - paradoksalnie - wolność.
Nie ma zobowiązań, rachunków zysków i strat. Dostrzegania w drugim człowieku człowieka, a nie jego potrzeb.
Zwłaszcza że z takich bilansów może nam wyjść strata. I co wtedy? Szukać "odbicia sobie", może zemsty? Ona upaja tylko na chwilę, potem odchodzi. I strata jest jeszcze większa. Panie, naucz nas nieść wybaczenie tam, gdzie panuje krzywda...
Ubóstwa, a nie biedy. Czegoś dobrowolnego, co nie ogranicza, ale daje - paradoksalnie - wolność.
Nie ma zobowiązań, rachunków zysków i strat. Dostrzegania w drugim człowieku człowieka, a nie jego potrzeb.
Zwłaszcza że z takich bilansów może nam wyjść strata. I co wtedy? Szukać "odbicia sobie", może zemsty? Ona upaja tylko na chwilę, potem odchodzi. I strata jest jeszcze większa. Panie, naucz nas nieść wybaczenie tam, gdzie panuje krzywda...
wtorek, 25 września 2012
odliczanie czas zacząć
Jak już kiedyś wspominałam, zostałam ostatnio fanem przygotowań do uroczystości w formie nowenn. Nieprzypadkowo wracam do tego dziś - za 9 dni będziemy świętować dzień świętego Ojca Franciszka, założyciela trzech zakonów.
A ja po raz kolejny stawiam sobie podstawowe pytanie: co z tego?
Modlitwy nowennowe zawierają prośbę o to, byśmy "duchem ewangelicznym głęboko się przejęli". A czym jest ten duch? Dla mnie ostatnio przede wszystkim modlitwą błogosławieństw. Próbą dostrzeżenia zranionego człowieka w kimś, kto prześladuje, kto zieje jadem, nienawiścią. Franciszek miał serce na dłoni dla każdego, a my tak łatwo zamykamy się w murach wyższości, może i fałszywej pobożności. Panie, naucz nas nieść miłość tam, gdzie panuje nienawiść...
I dwa obrazki z dzisiejszego dnia.
Pierwszy bardzo smutny - kobieta tak pijana, że miała problemy z utrzymaniem równowagi, załatwiająca swoje potrzeby w kącie podziemnego przejścia. I to, chciałoby się rzec, w biały dzień - chciałoby się, żeby o 19:20 jeszcze było jasno. Jak bardzo ona musi być poraniona, jak bardzo czuć się niekochana?
I drugi, poranny. Spacer brzegiem parku, mocno kryzysowa gospodarka snem spowodowała mi w głowie efekt slow motion. Mogłabym tak iść godzinę. Piękna jesień, ciepła i słoneczna. Być może to jeden z ostatnich dobrych dni w naszym zimnym kraju w tym sezonie. Bóg wystawił przed swój dom słońce i chyba zasiadł z nim na ławeczce, z miłością na nas patrząc.
A ja po raz kolejny stawiam sobie podstawowe pytanie: co z tego?
Modlitwy nowennowe zawierają prośbę o to, byśmy "duchem ewangelicznym głęboko się przejęli". A czym jest ten duch? Dla mnie ostatnio przede wszystkim modlitwą błogosławieństw. Próbą dostrzeżenia zranionego człowieka w kimś, kto prześladuje, kto zieje jadem, nienawiścią. Franciszek miał serce na dłoni dla każdego, a my tak łatwo zamykamy się w murach wyższości, może i fałszywej pobożności. Panie, naucz nas nieść miłość tam, gdzie panuje nienawiść...
I dwa obrazki z dzisiejszego dnia.
Pierwszy bardzo smutny - kobieta tak pijana, że miała problemy z utrzymaniem równowagi, załatwiająca swoje potrzeby w kącie podziemnego przejścia. I to, chciałoby się rzec, w biały dzień - chciałoby się, żeby o 19:20 jeszcze było jasno. Jak bardzo ona musi być poraniona, jak bardzo czuć się niekochana?
I drugi, poranny. Spacer brzegiem parku, mocno kryzysowa gospodarka snem spowodowała mi w głowie efekt slow motion. Mogłabym tak iść godzinę. Piękna jesień, ciepła i słoneczna. Być może to jeden z ostatnich dobrych dni w naszym zimnym kraju w tym sezonie. Bóg wystawił przed swój dom słońce i chyba zasiadł z nim na ławeczce, z miłością na nas patrząc.
Subskrybuj:
Posty (Atom)