piątek, 2 maja 2014

na językach

Ważne wydarzenia w Kościele generują wysyp "watykanistów". Pamiętamy wielkie zaangażowanie mediów związane z ostatnimi dniami i śmiercią św. Jana Pawła II, wszystko się rozbudziło niewiele ponad rok temu, przy okazji ogłoszenia rezygnacji Benedykta XVI i przynajmniej przez jakiś czas po wyborze papieża Franciszka. "Ekspertem" mógł być każdy, kto w odpowiednim czasie stanął przed kamerami, kogo zagadnął dziennikarz. Przy okazji padało mnóstwo kwiatków, bzdur i uproszczeń. (Do dziś pamiętam komentarz, z którego wynikało, że czerwonego ornatu używa się tylko na biskupich mszach pogrzebowych.)
Ostatnie dni były bogate w wydarzenia kościelne, które mniej lub bardziej odnosiły się do rzeczywistości świeckiej. Najpierw Wielkanoc (z tłem w postaci zamieszania wokół ks. Lemańskiego i abpa Hosera), zaraz po niej kanonizacja dwóch papieży (w Polsce jednego jakby trochę bardziej), zaraz zacznie się "sezon komunijny". Wydaje się więc, że lukę trzeba zapełnić. I są dwa kity, które równie dobrze mogą posłużyć tak zalepianiu sakralnej luki, jak i - używając potocznego powiedzenia - wkręcaniu nieświadomych wiernych.
Mamy więc piątek. Większość Polaków spędza czas z rodziną i przyjaciółmi w ramach rozpoczętego wczoraj długiego weekendu. Część biskupów wyszła naprzeciw tym spotkaniom i udzieliła dyspensy od piątkowej wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych. Pewnie przeszłoby to bez większego echa, gdyby nie fakt, że stolica naszego (pięknego, acz zimnego) kraju położona jest w dwóch diecezjach, a dyspensa jest tylko w jednej z nich. Wyłania nam się obraz złego abpa Hosera, który swoim wiernym zabrania jeść mięsa, a ci, którzy się temu zakazowi nie podporządkują, skazani są na kary piekielne, poprzedzone - jeszcze za życia - długą i bolesną spowiedzią, obarczoną uciążliwą pokutą, najlepiej publiczną. Tych "złych" biskupów jest dużo więcej niż dobrych, bo dyspensa obowiązuje tylko w 10 diecezjach.
Czy dyspensowanie jest słuszne, to inny temat. Trochę szkoda, że biskupi (przynajmniej ci warszawscy, choć lepiej wszyscy) nie ustalili wspólnego stanowiska, ale cóż, nie mają takiego obowiązku. Oburzające jednak jest umacnianie sztucznych sporów, przedstawianie biskupów jako władców absolutnych o wyrafinowanych metodach zastraszania i upadlania wiernych, bez choćby krzty woli znajomości tematu. Nie czuję się uciśniona brakiem dekretu o dyspensie mojego arcybiskupa i nie kiełkuje we mnie pomysł zebrania znajomych i pikietowania pod kurią, względnie ostentacyjnego zjedzenia kiełbasy pod katedrą. Mam wrażenie, że większość moich znajomych katolików czuje podobnie, a ci, co są w diecezjach z dyspensą, skorzystają z niej albo i nie. Bez wielkiego szału i napowietrzania się, powiększanego zresztą przez grono oburzonych dyspensą, co przywodzi na myśl kilka stosownych cytatów biblijnych.
Druga ciekawostka - kard. Dziwisz w dniu wiadomych kanonizacji skończył 75 lat, a więc złożył wymaganą prawem rezygnację ze stanowiska biskupa diecezjalnego. Setnie mnie ubawiły nagłówki i artykuły w mediach, po których jak na dłoni widać, że "specjaliści" zupełnie nie mają pojęcia, o czym piszą. Podobnie komentujący. Przy okazji wylewa się na ks. kardynała i Kościół całe wiadra pomyj, ale do tego już zdążyłam się przyzwyczaić. Aury sensacji dodaje fakt, że rezygnacja nie musi być zatwierdzona (np. ze względu na zbliżające się Światowe Dni Młodzieży i spójność rządów), więc czekamy na decyzję papieża (a są na nią 3 miesiące). Jest sensacja, biznes się kręci.

Showbiznes wpaja nam zasadę "nieważne co mówią, byleby mówili". Kościół zawsze był przeciwko: - nieważne czy mówią, ważne by - jeśli mówią - mówili prawdę. Generowanie coraz wyższych obrotów poprzez budowanie sporów, nienawiści, przez nierzetelność może i jest niezłym chwytem marketingowym, ale jest niemoralne. Nauczali zresztą o tym papieże ostatnich czasów, począwszy od św. Jana XXIII, przez (jak tytułowały go media) "naszego papieża" św. Jana Pawła II, aż po - zdawałoby się - maskotkę mediów - papieża Franciszka. Ale cóż - to się nie sprzeda. Pędzimy więc jak bajkowy Król Julian "prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu".
Może więc dzisiaj warto się zatrzymać. Nad rybką :)

wtorek, 15 kwietnia 2014

show mass go on


Daaawno temu pisałam (tutaj) o "mszy rockowej". Kilka dni temu internetem (na krótko, mam nadzieję) zawładnął filmik z irlandzkim księdzem, który w trakcie mszy śpiewa piosenkę dla nowożeńców.
Nie rozumiem.
Nie rozumiem zachwytów.
To znaczy, bardzo mnie cieszy to, że ten człowiek umie śpiewać, że umie sensownie przerobić tekst znanego mu utworu, że jest na tyle odważny, że chce się tym dzielić z innymi. Dlaczego jednak robi to właśnie wtedy?
Msza święta nie jest własnością ani tego księdza, ani nowożeńców, ani nikogo z ludzi. Nie możemy robić z niej show, niezależnie od tego, jak piękne i wzruszające show miałoby to być. Niezmiernie irytuje mnie coś, co Szymon Hołownia nazwał liturgią uścisków, i czego świadkami bywamy chociażby w Wielki Czwartek - wykorzystywanie czasu po Komunii na (krótkie) akademie ku czci księży/solenizantów/biskupa/kogo tam jeszcze zamarzy się uhonorować. (W mojej parafii ostatnio się jakoś próbuje z tym wielkoczwartkowym zwyczajem walczyć, ku oburzeniu grup parafialnych zresztą.) Razi mnie stwierdzenie, że "chór upiększył mszę świętą", bo ona sama jest wydarzeniem, które jest piękne samo w sobie. Nasze dbanie o to, żeby celebracja była uroczysta i piękna jest obowiązkiem, bo Bogu się to po prostu należy. Bo to Bóg - Jezus realnie i materialnie przychodzący w Ciele i Krwi jest jej Celem i Ośrodkiem. Nie ksiądz czy schola. Jeden z internautów napisał, że "msza święta jest codziennie, a oni ślub biorą jeden raz w życiu". Podwójna nieprawda - Ofiara Chrystusa - którą uobecnia msza - wydarzyła się raz na zawsze, a małżeństwo tych dwojga zaczęło się tamtego dnia i będzie trwało codziennie.
Śpiewaliśmy kiedyś na ślubie pary, dla której znajomy skomponował utwór (o ile dobrze pamiętam, w zasadzie napisał melodię do jednego z psalmów). Zaśpiewaliśmy go przed mszą, narzeczeni po wysłuchaniu utworu wrócili do zakrystii, chwilę później rozpoczęła się msza. Można? Można.
Druga rzecz, która jest w tym wszystkim straszna, to komentarze internautów - wielu pisze, że to jest ksiądz, dla którego poszłoby na mszę, że wszyscy księża tak powinni robić, to może kościoły by nie pustoszały i tak dalej... Może zabrzmi to ostro, ale... Lepszy kościół z jednym wiernym, który przyszedł tam dla Pana Boga, niż świątynia pełna ludzi, którzy przyszli dla księdza. Ksiądz, który przyciąga ludzi do siebie, a nie do Chrystusa, powinien dobrze się zastanowić nad tym, co robi. Powiesz, że to okazja duszpasterska, że to przyciągnie tych ludzi drugi raz? Może i przyciągnie, ale na następnej mszy ksiądz już nie zaśpiewa, show nie będzie, nie ma po co wracać. Jeżeli już traktować mszę przy zawieraniu sakramentu małżeństwa jak okazję duszpasterską, to lepiej powiedzieć kazanie, które mimochodem coś wytłumaczy. Znów wracamy do punktu wyjścia - Kościół nie ma przyciągać księdzem, oprawą, fajerwerkami. Tylko Chrystusem. Ksiądz jest grzesznikiem (jak my wszyscy), oprawa zawiedzie, fajerwerki się skończą. Chrystus pozostaje.
Może wynika to z tego, że niewielu rozumie, po co przychodzi. Że katecheza dorosłych leży i już nawet nie kwiczy, bo jest martwa.
Nie ilość, a jakość.

niedziela, 16 marca 2014

gorzkie, gorzkie żale...

Bardzo lubię Gorzkie Żale. Jeśli godzi się tak powiedzieć, dodałabym, że to moje ulubione nabożeństwo (może to nieco dziwne hobby, ale cóż poradzić). Naprawdę, kiedy myślę o Wielkim Poście, od razu przypomina mi się o Gorzkich Żalach i metaforycznie zacieram ręce z tęsknoty. Jednak, jak większość rzeczy po tej stronie nieba, Gorzkie Żale mają swój słaby punkt. Kazanie pasyjne.
Tak, wiem, uogólniam i upraszczam. Ba! Sama wielokrotnie na dobre kazania pasyjne trafiałam, sporo takich, które można nazwać przeciętnymi też. Ale w tym roku coś nie mam szczęścia, a po dzisiejszym nosi mnie do tej pory.
Tydzień temu, w I niedzielę Wielkiego Postu, przyczyną słabości tego punktu było przede wszystkim to, że (jak w większości polskich kościołów) Gorzkie Żale odprawiane są godzinę przed mszą, a odśpiewanie pieśni zajmuje około pół godziny. Okazuje się wtedy, że coś z tymi wiernymi trzeba zrobić, bo uciekną... Więc serwuje im się półgodzinne kazanie. Problem polega na tym, że nie zawsze wiadomo, co można przez pół godziny mówić, co prowadzi do smutnej obserwacji, że ksiądz chciałby skończyć po 10-15 minutach, ludzie też by już chcieli, żeby skończył, ale zostaje jeszcze kwadrans, który... trzeba zagadać. Robią się z tego trochę opowieści dziwnej treści, a każde zdanie rozwija nowy wątek. Ksiądz się męczy, wierni się męczą, wszyscy się męczą... Po co?
Dzisiaj było gorzej. Długość nie była problemem - tu się parę minut opóźni wejście, tu się zaśpiewa dłużej pieśni towarzyszące, tu ucałowanie relikwii i chwila na oddech przed mszą... Dało się to ograć. Schody zaczęły się w samym kazaniu. Po pierwsze, było czytane z kartki, a więc automatycznie nie dało się go słuchać. Po drugie, można by mieć do niego kilka wysublimowanych zarzutów teologicznych, ale to już wyższa szkoła jazdy. Po trzecie - co mnie w sumie nieco rozbawiło - fragment o tym, że "a więc i ty, człowiecze, słuchając tego kazania zjednocz się z Męką Zbawiciela, współczuj cierpiącemu Chrystusowi" - rzeczywiście, poziom kazania ułatwiał takie odniesienia. Ale...
jak można głosić, że Bóg jest dawcą cierpienia?
No jak?

Gdzie jest cała teologia nieskończonej dobroci Boga, gdzie nauka o grzechu pierworodnym i jego konsekwencjach? Gdzie Jezus, który uzdrawiał, a więc odbierał cierpienie? Gdzie "nie chce Bóg śmierci grzesznika" (Ez 33,11), gdzie "przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy obciążeni i utrudzeni jesteście..." (Mt 11,28-30)?
Dziwimy się potem niewierzącym, że nie chcą uznać istnienia dobrego, kochającego Boga. Może oni spotykają tylko takich katolików, którym co tydzień wmawia się, że całe zło, które jest w ich życiu pochodzi od Boga, który w taki sposób chce ich czegoś nauczyć?
Nie, ani słowem nie wspomniano w tym kazaniu o "szatanie, który jest głównym sprawcą zła" (z przyrzeczeń chrzcielnych).

Jak tak można?

wtorek, 11 marca 2014

odezwa

W weekend byłam w Krakowie. Oprócz wielu rozmów z ludźmi, których bardzo lubię (a po co innego przyjeżdżać do Krakowa?), z oczywistych (dla mnie) powodów zwiedziłam kolejne wymiary sfery sakralnej tego miasta. Mówiąc w skrócie: poszłam na mszę do kościoła mariackiego. Więcej chyba tego nie zrobię.
Był sobotni wieczór, msza już niedzielna. Odprawiona na szybko, jak obowiązek do "odwalenia". No i bez kazania, za to z... hm. no właśnie. Czymś, co zostało przeczytane jako "Słowo pasterskie Metropolity Krakowskiego na Wielki Post 2014 roku", ale tym tekstem nie było. Było w zasadzie cytatem z tego listu.
Nie wiem sama, cieszyć się czy płakać - listów zamiast kazania nie znoszę, fanką ks. kardynała Dziwisza nie jestem, w dodatku cierpiałam na poważny deficyt snu i skrócenie tych mąk było mi na rękę. Z drugiej strony, dla jakiejś części wiernych była to jedyna niedzielna msza, a kazanie na rozpoczynający się Wielki Post zostało ograniczone do informacji o zbliżających się uroczystościach 650-lecia konsekracji katedry na Wawelu.
(Przypomina mi to historię, być może już tu wspominaną - znajomy zakonnik zaspał i przybiegł chwilę przed mszą, którą miał odprawiać, zobaczył, że na liście, który był do odczytania, są jakieś podkreślenia, więc przeczytał tylko zaznaczone fragmenty. Brzmiało mu to wprawdzie nieco nieskładnie, ale z listami KEP różnie bywa. Potem okazało się, że przeczytał fragmenty, które zdaniem jego współbrata spokojnie można było opuścić.)
Głęboko mnie smuci to, że niektórzy katolicy chodzą na mszę tylko po to, żeby "wypełnić obowiązek niedzielny". Boli to, jak mało wagi przywiązują do tego, co się tam wydarza.
Ale pogodzić się nie mogę z tym, że z podobnego założenia wychodzą księża. Roznosi mnie, kiedy widzę, jak ksiądz przychodzi na niedzielny występ, z założenia jak najkrótszy. Nie szanuje ani Boga, ani siebie, ani ludzi. Zwłaszcza, że kazanie na temat biblijnych czytań albo sensu postu wcale nie musi być długie.

Swoją drogą, odszukałam sobie ten list w sieci, bo rozbawiło mnie jedno zdanie i chciałam sobie przypomnieć jego dokładne brzmienie. Mianowicie:

Kościół potrzebuje oczyszczenia, ale jest naszym wspólnym dobrem. Kościół jest dla wszystkich. Nie niszczmy tego dobra w sposób bezmyślny. Te słowa kieruję do tych, którzy nas niejako „zawodowo” piętnują.
Myślę, że adresaci się zgodzą z ks. kardynałem. Lepiej niszczyć rozmyślnie, będzie bardziej efektywnie.
Teraz tylko się zastanawiam, czy ksiądz nieszanujący Eucharystii nie piętnuje Kościoła "zawodowo"? I  czy nie robi tego właśnie bezmyślnie?

piątek, 7 marca 2014

ale zbaw mnie od nienawiści

Usłyszałam kiedyś określenie: "darzyli się głęboką chrześcijańską nienawiścią". Nie pamiętam już kontekstu, jednak sam zwrot siadł w pamięci, bo (niestety) zdarza mi się go powtarzać.

Różnie to bywa, jesteśmy tylko ludźmi. Nawet jeżeli niektórzy z nas są proboszczami, sąsiadami, blogerami, internautami, członkami duszpasterstw, studentami... Wszyscy jesteśmy grzesznikami, proste.
Dlaczego jednak tak dużo w nas niechęci, zawiści, pychy... Zgorszenia podziału. W polskim katointernecie od Popielca walczą ze sobą dwa największe portale. Podział na modernistycznych nomowców i anachronicznych tradsów coraz bardziej się pogłębia, choć założę się o dyszkę, że 70% polskich dominicantes nie ma najmniejszego pojęcia że jest lemingowym nomowcem (i dopóki nie wejdzie na katolskie strony, to się nie dowie).
W styczniu mieliśmy Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan, w tym roku pod hasłem "Czyż Chrystus jest podzielony?", zaczerpniętym z Pierwszego Listu św. Pawła do Koryntian. Od pewnego czasu odnoszę wrażenie, że powinniśmy rozpocząć nieustającą nowennę pokutno-błagalną o jedność katolików.

Jestem wciąż poruszona faktem, o którym dowiedziałam się niedawno: że Rudolf Hoess, komendant obozu koncentracyjnego w Auschwitz, przed samą karą śmierci za zbrodnie przeciwko ludzkości, nawrócił się. Wrócił do Kościoła, wyspowiadał, przyjął Komunię Świętą. To bardzo mocno mi uświadamia, jak totalnie nieograniczone jest Boże Miłosierdzie, jak bardzo nie ma dla niego granic. Druga rzecz, nie mniej ważna i łącząca się w pewien sposób z tym, od czego zaczęłam: to, co zaczęło wzbudzać w nim skruchę, to fakt, że - kiedy w ramach procesu - był skierowany do polskich więzień, traktowano go tam jak człowieka. W jednych z ostatnich notatek wspomina nawet, że niektórzy z jego strażników to byli więźniowie, pokazali mu numery na przedramionach. I mimo tak wielkiego okrucieństwa, za jakie był odpowiedzialny, wciąż traktowano go jak człowieka - to było dla niego szokiem. Dla mnie to pewien heroizm miłości tych wszystkich, którzy mieli możliwość się zemścić. Chciałabym umieć tak kochać. Ta historia pokazuje przede wszystkim, że o. Maksymilian Kolbe miał rację - tylko miłość jest twórcza, tylko miłość ocala.

Dlaczego więc my wszyscy, w takich prostych, codziennych sytuacjach, nie umiemy kochać siebie nawzajem?

=== edytowane:
Jakiś czas temu rozmawiałam z koleżanką o zakonniku, który po święceniach diakonatu postanowił odejść, ale - jak się okazało - po jakimś czasie wrócił.
Dziś, w ramach "jeszcze tylko przeczytam całego fejsbuka i biorę się do roboty" i przeglądaniu tablic niektórych znajomych moich znajomych, trafiłam na zdjęcie i informację, że jakiś nieznany mi zupełnie człowiek "znów jest w klasztorze, znów w habicie". Na zdjęciu był człowiek tak radosny, że aż się wzruszyłam.

Pozostaje tylko prośba o modlitwę za bliskiego sercu X., który odszedł, ale chyba na razie na tyle, że jeszcze nie jest za późno.

środa, 5 marca 2014

czas na ascezę!

Odnoszę wrażenie, że jedną z przyczyn naszych problemów i poczucia nieszczęścia jest to, że nie umiemy zatrzymać się w okolicy złotego środka - mamy skłonności do przesady. Działamy albo na 200%, albo wcale. Może i czasem ma to swoje zalety, ale jednak nie zawsze.
Piszę o tym dlatego, że nieco szkoda mi ascezy.
No właśnie. Prawdopodobnie Twoje pierwsze skojarzenie mieści się jakoś w pobliżu biczowania, literacko nośnego św. Aleksego spod schodów, św. Szymona Słupnika, ewentualnie chodzenia w worze po ziemniakach, darcia włosów z głowy i żywienia się jedynie chlebem i wodą. Generalnie - powrót przynajmniej do głębokiego średniowiecza.
A przecież wcale tak być nie musi. Jasne, pożegnaliśmy się już dawno z podziałem na "dobrą duszę i złe ciało", ale mniej lub bardziej drobne praktyki ascetyczne są czymś bardzo cennym. Dlaczego? Po pierwsze, uczą wychodzenia z wygody, pokazują, że ona wcale nie musi być najważniejsza. Po drugie - uświadamiają, że do szczęścia potrzebujemy naprawdę niewiele. Po trzecie - ćwiczą ducha, a to cenna wartość, która może się przydać w obliczu nagłych spraw naprawdę ważnych. I po czwarte - last but not least - przez to wszystko zbliżają nas do Boga, do świętości.
Dlatego właśnie myślę sobie, że dobrze jest różne drobne ascezy i umartwienia praktykować. A rozpoczynający się Wielki Post sprzyja temu jak żaden inny czas. Myślę też, że warto się zastanowić i do tradycyjnych postanowień (które w znakomitym procencie przypadków opierają się na odrzuceniu alkoholu i/lub słodyczy) dorzucić coś nowego. Coś nowocześnie ascetycznego. Ja przejrzałam w tym celu troszkę internetów i sporo własnej głowy pod prysznicem i mam parę pomysłów - można skorzystać. Bo czy tak wielkim ciężarem jest na przykład:
- nie używać poduszki (albo pościeli w ogóle - koc lub śpiwór i ewentualnie coś twardego pod głowę wystarczą)
- brać prysznic trochę chłodniejszy niż komfortowy
- zrezygnować z windy i biegać po schodach
- przestać używać budzikowej drzemki - wstawać od razu, kiedy tylko zadzwoni
- nakładać na talerz mniej jedzenia, niż chcielibyśmy zjeść i rezygnować z dokładki
- oddać część swoich ubrań potrzebującym
- nie włączać telewizora czy komputera po kolacji
- zrezygnować z telefonowych aplikacji
- brać na siebie te domowe obowiązki, których się nie lubi
- zrezygnować z oglądania seriali?

Co więcej, jak kiedyś powiedziała pewna moja znajoma, "łatwiej jest nie jeść czekolady niż zrobić coś dobrego".  Może więc zastanów się nad małymi dobrymi rzeczami dla innych? Na przykład:
- codziennie pisać list, mejla, wiadomość albo dzwonić do kogoś, z kim mamy słabszy ostatnio kontakt (codziennie do kogoś innego) - na przykład z podziękowaniami za dobro, które otrzymaliśmy w tej relacji
- zostawiać w różnych miejscach karteczki samoprzylepne z pozytywnym przesłaniem
- codziennie robić coś dobrego dla współlokatorów/współpracowników
- codziennie modlić się za kogoś, kto potrzebuje tej modlitwy - może "adoptować" księdza czy misjonarza albo zrobić sobie kalendarz i uwzględnić w nim znajomych (za mało dni? módl się więcej!)
- codziennie robić zdjęcie czemuś dobremu, za co jesteś wdzięczny i zbierać te zdjęcia w widocznym miejscu (może fejsbukowym albumie?).

Wierzę, że masz jeszcze parę pomysłów. Jeśli chcesz, podziel się nimi w komentarzu - Wielki Post dopiero się zaczął, może zainspirujesz kogoś do drobnej ascezy?

niedziela, 2 marca 2014

VIII niedziela zwykła (A)

Czy może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu?
Zapomnieć. Odmówić istnienia. W głowie się nie mieści - nosić kogoś 9 miesięcy w brzuchu, a potem temu zaprzeczać. Wyobrażasz to sobie? Zobacz, Bóg jest ponad tą niewyobrażalną sytuacją. Nawet jeśli myślisz, że nic nie znaczysz, że zapomina. Nie zapomni, nie może.

W każdym czasie Jemu ufaj, narodzie.
Dzieje się dużo zła dookoła. Czasem aż strach się bać. Kiedy jednak wiem już, że On o mnie nie zapomniał, to wystarczy ufność. Z każdego zła może urodzić się dobro, wystarczy tylko dać mu szansę.

Niech ludzie uważają nas za sługi Chrystusa i za szafarzy tajemnic Bożych.
Czasami zapominamy, że Pismo Święte nie jest pisane tylko do księży czy zakonnic. Korynt to było trochę takie "Las Vegas I wieku". Słuchacze tego listu to (między innymi) byłe prostytutki i złodzieje. Szafarze tajemnic Bożych. A największą tajemnicą Boga jest jego Miłość. Czy wystarczająco jestem jej szafarzem?

Dosyć ma dzień swojej biedy.
Wróć do ufności. Sprawy materialne nie są najważniejsze, jakoś to będzie. Skup się na tym, żeby nauczyć się kochać, reszta przyjdzie sama. Pracę wykonuj z miłością, bo każdą się da. Do ludzi podchodź z miłością, choć to może być trudne. A reszta przyjdzie sama. I spokój materialny, i to, co niematerialne, a do życia niezbędne.

sobota, 1 marca 2014

urbi et...

Ta historia zbierała już lajki na fejsbuku, ale nie chciałabym, żeby tylko na nim została. Parę słów więcej.

Czwartkowy wieczór, jadę tramwajem. Zatrzymujemy się w pobliżu dużego duszpasterstwa akademickiego i jeszcze większego skupiska akademików, sama tam kiedyś mieszkałam. Na przystanku stoją dwie dziewczyny, kończą rozmowę. Żegnają się i wzajemnie się błogosławią, robiąc znak krzyża na czołach. Jedna wsiada do tramwaju, druga odchodzi w stronę akademików.

Jakiś czas temu, chyba w jednej z minionych sesji. Na ruchliwym skrzyżowaniu spotykam koleżankę. Chwilę rozmawiamy, obie gdzieś pędzimy. Ona - na egzamin. Kątem oka dostrzega, że za chwilę podjedzie jej tramwaj. Zanim przejdzie przez jezdnię, prosi: "Kama, pobłogosław mnie!" - cóż, nie mogłam odmówić, nawet na ruchliwym chodniku. Pobiegła i ja też pobiegłam.

Co powinno odróżniać chrześcijanina od niechrześcijanina?
Błogosławieństwo. Zawsze i wszędzie. Kiedy nas o to poproszą, kiedy wcale nie pomyślą, kiedy my go potrzebujemy.

Trudno jest modlić się o błogosławieństwo dla nieprzyjaciół, ale tacy właśnie powinniśmy być. Dobrze życzyć tym, którzy życzą nam źle. Bo przecież celem nas wszystkich jest Miłość, więc jeśli wszyscy będziemy do Niej dążyć...

Brakuje nam tego błogosławienia. Czas na zmiany!

piątek, 28 lutego 2014

drugie dno

Może to jakieś zboczenie zawodowe, ale bardzo lubię doszukiwać się w piosenkach, które ogólnie można nazwać muzyką rozrywkową, treści lub odniesień religijnych. Szukać tego, o czym one opowiadają, choć założenie autora tekstu mogło być zupełnie inne.
Dzisiaj chcę się jednym z takich utworów podzielić. Piosenka sama w sobie jest piękna, a mnie od pewnego czasu kojarzy się głównie ze spowiedzią. Posłuchajcie sami:

i tekst w tłumaczeniu (i z komentarzem):

Przychodzę, żeby się z Tobą spotkać, powiedzieć, że mi przykro,
Nawet nie wiesz, jaki jesteś uroczy.
Musiałem Cię odnaleźć, powiedzieć Ci, że Cię potrzebuję,
powiedzieć Ci, że jesteś dla mnie wyjątkowy.
No, może i wiesz, jaki jesteś "uroczy", ale być może po moim postępowaniu nie było tego widać. Ale, kiedy ochłonę, to i ja to wiem. I chcę to wyznać. Jest mi przykro z powodu moich grzechów i gdzieś zgubiłem Cię w moim życiu, ale chcę Cię spotkać, bo wiem, że Cię potrzebuję. Jesteś Bogiem, jesteś wyjątkowy, inny niż wszystko.

Powierz mi swoje sekrety, zadaj mi Twoje pytania.
Och, wróćmy do początku!
Biegając w kółko, goniąc się wzajemnie,
zmierzamy osobno w ciszy.
Powierzanie sekretów i zadawanie pytań są możliwe tylko w bardzo bliskiej przyjaźni. Wróćmy do niej, wróćmy do tego stanu! Bez Ciebie wciąż biegam w kółko, próbuję Cię dogonić, ale sam tego nie mogę dokonać (i będę gonić jak pies za własnym ogonem), kiedy jesteśmy osobno, to jest tylko cisza.

Nikt nie mówił, że będzie łatwo,
to hańba, kiedy się oddzielamy.
Nikt nie mówił, że będzie łatwo,
nikt też nie powiedział, że będzie tak trudno,
Och, zabierz mnie na początek...
Mój spowiednik zwykł mawiać: Nikt nie mówił, że będzie łatwo, a jak mówił, to kłamał. Życie z Bogiem nie jest łatwe, ale jest piękne i warte tego wszystkiego, jest wspaniałe. Oddaliłem się od Ciebie, Boże, to bardzo źle. I teraz jest mi tak trudno... Proszę, zabierz to, co nas rozdziela, wróćmy na początek i idźmy raz jeszcze.

Zastanawiałem się tylko nad liczbami i figurami,
rozwiązując układankę.
Pytania o naukę, naukę i postęp,
nie brzmią tak głośno jak moje serce.
Nauka, materializm i technika nie dają mi ukojenia. Mogę uciekać, mogę mówić, że Cię nie ma, że to czysta fizyka czy chemia. Ale w moim sercu jest głos, który wciąż mówi mi, że to - choć opisuje świat - to nie wszystko. Że jest Więcej.

Powiedz mi, że mnie kochasz, wróć i nawiedź mnie.
Och, i popędzę do początku!
Biegając w kółko, pędząc za sobą,
Powróćmy takimi, jakimi jesteśmy.
Przychodzę po to, żeby usłyszeć, ze mnie kochasz. Wróć do mnie i nawiedź mnie, bądź cały we mnie. Biegiem, od razu, zacznę wszystko od nowa. Będę biegł za Tobą, bo Ty pokazujesz mi, jaki naprawdę jestem.

Nikt nie mówił, że będzie łatwo (...)
Wracam na początek.
Przebaczyłeś. Zaczynamy wszystko od nowa. Po raz kolejny czysta kartka do zapisania.

Czyż nie jest to piękne?

niedziela, 2 lutego 2014

oni

Pierwszy, którego pamiętam, przyszedł do mnie jakieś 17 lat temu, w zimowy wieczór. Wydawał mi się straszny, dziś myślę, że głównie przez wzrost (i masę) i fakt, że podobne wizyty zawsze łączyły się ze stresem. Dziś już na szczęście - we mnie - dużo mniejszym.
Później kilkuletnia przerwa, choć na pewno z jakimiś wyjątkami - cóż, w pamięci się nie zachowały. Potem zaczęłam kojarzyć kilku w gimnazjum, na początku z wielką niechęcią i prześmiewczo, w miarę dorastania - poważniej, bardziej ludzko. Pierwsze poważne zmiany zaczęły się w liceum - nawiązały się ludzkie kontakty, wiele z nich utrzymywanych do tej pory. Okazało się też wtedy, że istnieją takie kobiety, niektóre szalenie inspirujące.
Nagle się okazało, że kilku kolegów chce do nich dołączyć. Chyba większość wróciła do domu, część pozostała. Przy okazji ujawniło się wiele nowych odcieni tej rzeczywistości.
Studia i przeprowadzka do dużego miasta umocniły te szersze perspektywy. Kolejne relacje, kolejni znajomi. Być może przyjaźnie to za duże słowo, na pewno serdeczna więź i świadomość, że możemy na siebie liczyć. Co trwa aż do dziś i wciąż się pogłębia, poszerza.
Kilku, dokładniej trzech - w pewnym momencie wybrało inaczej, pozostawiając pewien smutek, współczucie i bolesną ranę.
Co się wydarzyło w tych relacjach? Dużo śmiechu, współdzielenia radości, ale i wiele poważnych rozmów, moich łez, wsiąkających w (raczej metaforyczny) rękaw. Przynajmniej kilkukrotne ratowanie mnie z poważnych tarapatów, czy to logistycznych, czy - dużo głębszych - duchowych i ogólnożyciowych. Wiadra modlitwy, wspólnej i/lub wzajemnej. Niezapomniane przygody i wspólnie spędzany czas, w mniejszych i większych grupach, bliżej i dalej (a nawet najdalej).
Kiedyś próbowałam policzyć, ile ich znam. Pogubiłam się. W znajomych na fejsbuku - 40, prawie 1/10. W książce telefonicznej - podobna liczba. W sercu dużo więcej.
Ty też ich znasz, na pewno kilku z mediów, być może osobiście. Być może jesteś jednym z nich. Albo będziesz ;)

Dziś, 2 lutego, Ofiarowanie Pańskie. Dzień Życia Konsekrowanego, czyli po prostu Dzień Zakonnicy i Zakonnika. Dla mnie - dzień szczególnej wdzięczności Bogu za wezwanie tych kilkudziesięciu i wdzięczności im za realizację i otwarcie. I dzień modlitwy, o którą także Ciebie proszę.

wtorek, 6 sierpnia 2013

dziś pytanie, dziś odpowiedź

Miejscowy boszcz (bo ze względów akustycznych nie jest pro) ma chyba jakiś inny przekład Nowego Testamentu, jak się mówi u mnie na roku "przekład standard". Dziś w kazaniu stwierdził, że na pytanie "za kogo uważają Mnie tłumy" padła odpowiedź "za Mesjasza, Syna Bożego".
Fakt, odpowiedź padła. Choć nie do końca na to pytanie.

sobota, 20 lipca 2013

słoneczne okulary

Dziś dłużej, bo się od wtorku zbieram.

Widziałam jakiś czas temu obrazek z podpisem: A gdybyś jutro obudził się tylko z tym, za co dziś podziękowałeś Bogu?
Pierwsza myśl - przynajmniej byłoby jedzenia pod dostatkiem. A druga, już poważniejsza - jak to jest z tym naszym dziękowaniem, z dostrzeganiem tego wszystkiego, co mamy?
Łatwo sobie pomyśleć, że to wszystko nam się należy. Dach nad głową, ciepły prysznic, jedzenie... a także te sprawy niematerialne - rodzina (bo przecież często te trudniejsze i tak są dobrem), przyjaciele, powody do radości, lepsze lub gorsze zdrowie i... życie.

A coraz częściej widać i słychać wszechobecne narzekanie. Ja też, przyznaję, nie mam tu czystego konta, choć od kiedy zaczęłam na to zwracać uwagę dzięki pewnej rozmowie, to staram się go unikać. Na fejsbuku ostatnio moda na "czego nie powiedzą różne grupy społeczne" - na podstronie wrocławskiej nie znalazłam nic poza narzekaniem. Zimą chcemy ciepła, a po kilku dniach lata narzekamy, że jest za gorąco. Pociągi woziły ludzi jak sardynki, a kiedy PKP IC wprowadziło obowiązkowe miejscówki, to słychać że kombinują i utrudniają. W mieście narzekamy na hałas, na wsi na odległość... ZAWSZE COŚ.

A gdyby tak pewnego dnia obudzić się i ucieszyć jeszcze przed spojrzeniem w okno? Gdyby spróbować być miłym dla tej wrednej kasjerki na PKP albo pani w urzędzie (bo akurat panie z "mojego" dziekanatu są zupełnie niestereotypowe)? Gdyby patrzeć w przeszłość bez żalu, a w przyszłość z ufnością? Patrzeć na świat przez słoneczne, a nie przeciwsłoneczne okulary?

Trudne? Nie wiem. Chcę próbować codziennie. A Ty?

wtorek, 16 lipca 2013

turystyka religijna

Stoję pod kościołem, grzebię w plecaku, szukając telefonu. Podchodzi do mnie siostra zakonna.
[s] Przepraszam, bo ja bym chciała wrócić do Nazaretu... Którym tramwajem muszę pojechać?

Dużo bym dała, żeby zobaczyć wtedy swoją minę. Naprawdę przez moment zastanawiałam się, jak mogę jej pomóc w podróży do Ziemi Świętej. Chwilę nam zajęło, żeby zlokalizować miejsce, które miała na myśli, bo - jak się później okazało - o dom zakonny nazaretanek jej chodziło.

czwartek, 4 lipca 2013

o kobietach przy ołtarzu ciąg dalszy

Choć często (zwłaszcza ostatnio) czytam czytanie lub śpiewam psalm w trakcie mszy, jestem zdecydowanie przeciwna ministrantkom. To zadanie dla chłopaków i tyle. Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle.

A dzisiaj poszłam do parafii, w której dziewczyny służą. Pierwsze czytanie z Listu do Efezjan ma zdanie: "W Nim zespalana cała budowla rośnie na świętą w Panu świątynię".
Ministrantka (około 15-letnia chyba) przeczytała: "W Nim zespalana cała budowla rośnie na świętą panią świątynię".
Zrównanie płci w domu (Bożym) i w zagrodzie.

wtorek, 2 lipca 2013

dlaczego cieszę się, że nie mogę być księdzem

(poza tym, że nie chciałabym spowiadać. I źle wyglądam w albie)

[ja] aaaach...
[k.] co tak wzdychasz?
[ja] a bo sobie powiedziałam alternatywne kazanie na mszy. I jeszcze je przeżywam, bo dobre było. W sumie to do mnie trafiło.

A to "prawdziwe" przecież dobre było.

niedziela, 30 czerwca 2013

o tym, jak chciałam kupić altacet

Dwa miesiące temu wylądowałam na ziemi włoskiej. Kilka dni później wysiadłam z ciężarówki w Cieszynie, ale tamta podróż coś we mnie zmieniła. Na przykład skręciłam nogę. Wprawdzie skręcona noga nie przeszkadza w pisaniu, ale jakoś tak wpłynęła na mój stan pisemny. Tak więc podzielę się z blogiem tą historią, bo do tej pory mam wrażenie, że gdzieś w tle stała kamera i mnie nagrywali. Do Monty Pythona. To będziecie mogli na jutubach pisać, ze stare.
Jak już wspomniałam, wylądowałam sobie (a raczej wylądował pan pilot z taniej linii lotniczej) na ziemi włoskiej, dokładniej na rzymskim lotnisku Ciampino. Języka tambylców nie znam ni w ząb, czyli umiem się przywitać i powiedzieć słowo "śniadanie", bo wymawia się je kolacjone. I tyle. Wychodzę więc z budynku lotniska, słoneczna Italia wita mnie deszczem i zapadającym zmrokiem. Przynajmniej jest ciepło. Idę przez lotniskowy parking, schodząc z krawężnika widzę kratkę odpływową*, ale nie widzę, że jest bardzo śliska, a dookoła ma zniszczony asfalt. Już drugi raz tego wieczoru ląduję na włoskiej ziemi, tym razem mniej metaforycznie, a bardziej osobiście. Wstaję, noga boli jakby chciała mi coś powiedzieć, a w głowie wściekłość walczy z bezsilnością. Chwilę odpoczywam na wspomnianym krawężniku, walka w głowie przestaje mi zaciemniać myśli. No tak, oczywiście nie mam żadnego dowodu na to, że jestem ubezpieczona, altacet i bandaż elastyczny zostały w domu, bo przecież mogłabym sterroryzować obsługę samolotu tubą żelu i ostro zakończonymi "krokodylkami" do bandaża... Są środki przeciwbólowe (niech Bóg błogosławi wytwórców ketonalu) i słownik z rozmówkami. Damy radę.
Lekko przymroczona znajduję autobus, który jedzie do centrum miasta. Okazuje się, że czeka mnie zwiedzanie Rzymu "baj najt" z kostką większą od kolana. W zasadzie moja lewa noga poniżej kolana nieco rozszerza się przy łydce i taka już pozostaje, aż niespodziewanie kończy się stopą. Prawa wygląda, jakby była z innego zestawu. Wysiadam przy dworcu kolejowym, znajduję McDonald's, ale przypominam sobie, że to nie wifi tym razem może ukoić mój ból. W sumie dobrze, bo i tak nie działało, a przecież nie umiem powiedzieć, żeby włączyli. Chodzę (bardzo optymistycznie mówiąc) po Termini dalej, w porównaniu do polskich dworców jest trochę dziwnie - nigdzie nie czuć produktów końcowych ludzkiego systemu pokarmowego, a podłoga jest na tyle ogarnięta, że podróżni siedzą/śpią pod ścianami. I niekoniecznie wyglądają, jakby robili to codziennie od 30 lat. Znajduję aptekę. Chwila wahania i jednak wchodzę.
Apteka należy do tych częściowo samoobsługowych. Kuśtykam między półkami, dukając szyldy na górze regałów. Powiedziałabym, że przydaje się łacina i inne języki, ale się nie przydają, bo nie znajduję czegoś w rodzaju "z tej półki bierz produkty, kiedy masz wrażenie, że zaraz odpadnie ci kończyna albo sam rozważasz jej odjęcie". Biorę głęboki wdech (na ile noga pozwala) i nieśmiało staję przy ladzie ze słowniczkiem w ręku. Liczę na to, że we Włoszech farmaceuci są przynajmniej tak ogarnięci jak w Polsce i pomogą, kiedy poda się im objawy.
/dalsza część będzie symultanicznie tłumaczona przeze mnie na polski/
[czytam ze słowniczka] O-PUCH-LIZ-NA
[aptekarka patrzy na mnie, jakbym chciała z nią zagrać w grę słowną]
[czytam jeszcze raz, przy okazji pokazując i spoglądając w dół, czyli stronę nogi] O...PUCH...LIZ...NA
[aptekarka wygląda, jakby zajarzyła, wyciąga jakieś pudełko i macha mi nim przed oczami. Super. Teraz jeszcze tylko dowiedzieć się, ile moich ciężko zaoszczędzonych euro to kosztuje]
[przekartkowuję słownik na dział rozmówek "najbardziej i najczęściej przydatne zwroty" i czytam kolejne zdanie] Ile to kosztuje?
[aptekarka patrzy na mnie dziwnym wzrokiem. Trochę jak na idiotę, trochę jak na psychopatę, a trochę jak na niegroźnego uciekiniera z domu zdrowia psychicznego. Może jednak nieczęsto zdarzają jej się takie wizyty na głównym dworcu kolejowym w Rzymie]
[ja, podejrzewając spisek i węsząc coraz większe trudności, zaglądam do słownika jeszcze raz. Tak. Pomyliłam linijki. Zmęczoną po całym dniu pracy w święto panią w aptece zapytałam z bolesną miną "jak się masz?". Nie dziwię się, że nie chciała podjąć tej niezobowiązującej konwersacji. Może zaproponuję jej, żebyśmy przeszły na angielski.] Czy mówisz po angielsku?
[kiwa głową, że tak. Jest trochę zniechęcona. Może myśli, że tamto pytanie było tylko wstępem do konwersacji, która miała być bardziej zobowiązująca.]
Ile to kosztuje? [pytam tym razem w bliższym sobie języku, wracając do bezpiecznego tematu magicznego pudełka z zawartością leczniczą]
[aptekarka wydaje się zadowolona z powrotu do tematu i z akcentem, który moja anglistka z LO określała jako "najdżerjan inglisz" odpowiada] piętnaście euro
[no to mamy problem, myślę sobie. Na cały wyjazd (po problemach z ogarnięciem odpowiedniego biletu na dojazd do miasta) zostało mi 45 euro, nie powinnam wydawać 1/3 tego w aptece. Zwłaszcza przeliczając cenę tegoż magicznego środka na złotówki] 
a, to nie, dziękuję [odpowiadam w mieszance wszystkich znanych mi języków poza niemieckim, odwracam się na pięcie zdrowej nogi i powoli udaję się w kierunku wyjścia]
Aptekarka zaczyna coś za mną krzyczeć po włosku. To znaczy coś woła, a ja włoskiego nie znam, więc znów się odwracam i patrzę na nią jak mój pies, kiedy myśli, że podzielę się z nim kiełbasą. Ewentualnie jak student na egzaminie, kiedy wykładowca tłumaczy coś innemu zdającemu. Aptekarka wybiega zza lady, podchodzi do jednego z negatywnie ocenionych przeze mnie regałów, ściąga jakieś pudełeczko i, machając mi nim przed oczami, wraca za ladę. Kartonik wydaje mi się niewielki, ale dopowiadam sobie, że może to jakiś tańszy zamiennik altacetu w tabletkach, którym raczyła wszystkich chętnych pielęgniarka szkolna we wspominanym już LO. Ponieważ nie zdążyłam daleko odejść, w magiczny sposób staję znów przy ladzie. Aptekarka pokazuje mi już tylko spód pudełka, na którym napisano, że specyfik kosztuje 4.41 euro. No to biorę. Płacę, kłaniam się w pas, wychodzę. Staję na deszczowej ulicy i wpadam na genialny pomysł, żeby pudełku przyjrzeć się dokładniej. Realizuję pomysł. Czytam zgrabny zielony napis...

carbone vegetale.

Tu mogłaby zapaść kurtyna, ale w epilogu dopowiem, że nie wróciłam do apteki, bo nie byłam w stanie wyobrazić sobie swojej rozmowy z tą kobietą ponownie, a zwłaszcza własnej postawy roszczeniowej wobec kobiety, która miała nade mną przewagę w postaci znajomości miejscowego języka. A potem stwierdziłam, że w podróży zawsze węgiel może się przydać (na szczęście się nie przydał). Skończyło się na błogosławionym ketonalu w dużych ilościach i altacecie po po powrocie do domu.

*nie mam pojęcia, dlaczego kratką nazywa się coś, co nie ma kształtu kratki. Chodzi o to metalowe cudo, które sprawia że deszczówka nie stoi na ulicy.

piątek, 12 kwietnia 2013

z prądem!

Od pewnego czasu chadzam w niedzielę na bardzo wieczorną mszę, która zazwyczaj jest recytowana. Tak też było niemal tydzień temu, w dzień zwany w kościelnym slangu "Niedzielą w Oktawie Wielkanocy czyli Miłosierdzia Bożego". A skoro msza recytowana, to na początku antyfona. Internety mówią (bo pamięć milczy), że było zdanie z Pierwszego Listu św. Piotra: Jak niedawno narodzone niemowlęta, * pragnijcie duchowego niesfałszowanego mleka, * abyście dzięki niemu wzrastali ku zbawieniu. * Alleluja. Uderzyło mnie wręcz, że znaczna część ludzi w kościele odpowiedziała na te słowa, dodając jeszcze jedno alleluja. Nie wiem, na ile to była mechaniczna odpowiedź (pytanie tylko, gdzie wyćwiczona), a na ile rzeczywiste, radosne alleluja, wypływające, mniej lub bardziej świadomie, z radości ze Zmartwychwstania. Dość dodać, że przy kolejnych antyfonach ta odpowiedź też była, co więcej - zdarzyło mi się być w tym samym kościele na mszach w ciągu mijającego tygodnia - i to alleluja wciąż padało (oczywiście ciszej, proporcjonalnie do liczby wiernych).
Święta, święta i po świętach... Czy na pewno? Zmartwychwstanie jest takim "strzeleniem korków" w instalacji całego świata. Niby potem wszystko wraca do normy, niby dalej działa tak samo - bo przecież dalej grzeszymy - ale wiadomo, że już to długo nie pociągnie, zwłaszcza jeśli nie będziemy uważać. Moglibyśmy niby te duchowe bezpieczniki "zawatować", ale wtedy mamy niemal gwarancję, że wszystko się popali i może jeszcze większą tragedię spowoduje.
Dlatego dostajemy "pełnię łask paschalnych". Dlatego im częściej codzienność powtarza "alleluja", tym lepiej.

I jeszcze jedna migawka, z dzisiejszej mszy. Idę do Komunii - jakoś tak wyszło, że na końcu procesji. Podchodzę już do kapłana, przyklękam, wstaję, a on patrzy na mnie i mówi "nie ma" i pokazuje mi pustą patenę. No tak, normalne, chwilę poczekam i dostanę z innego sortu, to znaczy dużego kielicha, tzw. cyborium. Ale w czasie kiedy ojciec szedł do ołtarza i wracał - gonitwa myśli. Pierwsza - dobrze że kilka godzin wcześniej poszłam do spowiedzi - jestem przeciwnikiem szukania takich "znaków", ale jednak pewnie bym się z tym dźwigała przez jakiś czas. A potem? Mieliśmy dziś Ewangelię o rozmnożeniu chleba, wersję Marka analizowaliśmy rano na zajęciach. Wtedy zostały kosze ułomków, a dziś? Zabrakło? Nie! Dla jednej osoby, o ile ze strachu nie zwieje, jest przygotowany pełny kielich, aż z górką - choć wystarczy tylko jeden kawałek. Jezus oddaje się cały, nie ma potrzeb, których nie mógłby wypełnić. I to nawet dla jednego człowieczka.
Czymże jest człowiek, że o nim pamiętasz,
czym syn człowieczy, że troszczysz się o niego? (Psalm 8)

czwartek, 14 marca 2013

mamy go!

Upłynęła już doba, od kiedy na jeden z dwóch najsłynniejszych balkonów świata wyszedł kardynał protodiakon i ogłosił światu, że mamy papieża.
Moje pierwsze myśli? Z jednej strony - rzeczywiście gaudium magnum, radość wielka. Z drugiej - ta godzina między białym dymem a podaniem personaliów zdawała mi się wiecznością. Kto to będzie?
Piotr Kraśko w telewizji publicznej ogłosił, że na pewno kard. Scola z Mediolanu, a skoro tak, to przyjmie imię Ambroży. Na szczęście ani kardynałowie, ani elekt nie zapytali go o zdanie (choć Ambroży to całkiem wartościowy Ojciec Kościoła niewątpliwie).
Georgium Mariam - najpierw wielkie uff, bo w trakcie tego konklawe miałam raczej 114 faworytów i jednego, którego wyboru bardzo nie chciałam. Od razu potem - kto w takim razie? Raczej nie obiło mi się to imię o uszy (ani oczy)... Nazwisko elekta też mi nic nie powiedziało...
i wreszcie...
qui sibi nomen imposuit...
Franciscum
to była radość! Kiedy jeszcze się potwierdziło, że patronem i "powodem" jest św. Franciszek z Asyżu, a nie Franciszek Ksawery czy też żaden inny... Dało mi to poczucie, że jest to "mój" papież, że ta liczba mnoga w "habemus" jest uzasadniona, naturalna.
Swoją drogą, jeszcze po południu myślałam sobie o tych papieskich imionach, i choć typowałam raczej Piusa lub Pawła, miałam nadzieję na Innocentego i jakąś taką cichą, ledwie pełgającą, na Franciszka.

Cóż dziś? Dym opadł, fejsbuk wciąż szaleje (łącznie z wrzucaniem zdjęcia z Janem Pawłem II, kard. Ratzingerem i jeszcze jednym biskupem podobnym do ówczesnego ks. Bergogliego), a nam zostaje tylko czekanie na spotkanie i modlitwa. Na przykład taka, króciutka:

Święty nasz Ojcze Franciszku, módl się za Ojcem Świętym Franciszkiem i za nami wszystkimi. Amen.

czwartek, 28 lutego 2013

puste krzesło

17 dni temu... Szok i niedowierzanie. Zaraz potem podziw dla wielkości decyzji.

Dziś - msza churchingowa, akademicka, zaczęła się o 19:30. Chwilę po tajemnicy wiary spoglądam na zegarek. Jest 20:01. Ksiądz modli się: "zachowaj nas w łączności z naszym biskupem Marianem i całym duchowieństwem". I... jakiś taki smutek. Gość koło mnie aż chrząknął.

Benedykta XVI spotkałam trzy razy. Pierwszy w Krakowie, na Błoniach. Pamiętam, że wieczorne czuwanie papieża z młodymi było dla mnie jakieś... słabe? Dziś usprawiedliwiam się, że byłam jeszcze młoda i głupia, no i bardzo przyzwyczajona do papieskich przemówień po polsku (swoją drogą, nigdy niesłyszanych na żywo). Potem noc w zasadzie po drugiej stronie ulicy, bliżej niż większość hierarchów - na karimacie w krużgankach u franciszkanów. I drugi dzień, msza, tłum ludzi... Emocjonalnie pewnie niewiele lepiej, ale za to kazanie - a w zasadzie jedną myśl z kazania - zapamiętałam bardzo dobrze, często ją sobie później przypominałam. Tę o mocnym staniu na ziemi i wpatrywaniu się w niebo.
Drugi raz, dwa lata później. Światowe Dni Młodzieży w Sydney. Długo by pisać, trudno mi też coś rozdzielić, bo cały ten czas to pasmo przeżyć wartkich. Na pewno niesamowite doświadczenie jedności Kościoła zjednoczonego tam, gdzie jest papież. Właśnie w tej kolejności, choć my byliśmy tam wcześniej.
I Hiszpania, kolejne Światowe Dni Młodzieży. W moim odczuwaniu wszystkiego wręcz namacalna zmiana związana z przyjazdem papieża. Jeszcze dzień wcześniej - wkurzający chaos, tłum, zmęczenie. A od momentu oczekiwania na Benedykta XVI na ulicach Madrytu - wielka radość, znów poczucie jedności z tymi tysiącami ludzi z całego świata i jakiś dziwny spokój - "jak bardzo się nie znają ci, co mówią o Kościele w kryzysie wśród młodych - krzyczymy po hiszpańsku "Tutaj jest młodzież papieża" - jesteśmy razem, jesteśmy z nim". Na koniec całych ŚDM niezapomniane przeżycie z lotniska Cuatro Vientos. Ogromna burza, przemoczony papież, głęboka, niemal namacalna jedność. I uciszenie burzy.

Ktoś napisał na facebooku "w tych trudnych chwilach wszyscy jesteśmy sedewakantystami". Wszyscy patrzymy na stolicę Piotrową (sedes), która jest pusta (vacans). I o ile wierzę, że już niebawem kardynałowie wybiorą pełnoprawnego papieża, o tyle zgadzam się z tym, że chwile są trudne. I będą. Tym bardziej powinniśmy się modlić za kard. Józefa Ratzingera.

środa, 9 stycznia 2013

oikos



Nie dalej jak wczoraj jeden z wykładowców wspomniał nam o słowach, które wypowiedział XX-wieczny francuski teolog, Yves Congar: dziś nie powinniśmy pytać, „czy jesteś wierzący, czy niewierzący”, ale raczej „w jakiego Boga wierzysz lub w jakiego Boga nie wierzysz”  (cytat z pamięci). Kiedyś już mówił nam o tym jeden z duszpasterzy – może się okazać, że ktoś, komu wydaje się, że jest zaciekłym antychrześcijaninem, zupełnie mieści się w chrześcijańskiej doktrynie, odrzucając po prostu jedną z wielu karykatur Boga czy Jego fałszywych określeń.

Kiedy dziś wieczorem wracałam do domu, na przystanku zaczepiła mnie starsza kobieta. Zapytała, za ile minut odjeżdża jej tramwaj, a potem powiedziała (skoro jestem taka miła), że jest chrześcijanką, żebym czytała  Słowo Boże i będę szczęśliwa. I dalej:
[kobieta] bo ja właśnie wracam z chrześcijańskiego spotkania, tu, niedaleko...
[ja] o widzi pani, a ja właśnie wracam z mszy, z kościoła
[k] oonieee, ja też kiedyś byłam katoliczką, musisz to odrzucić, trzeba się modlić do żywego Boga, a nie do obrazów!
[ja] ależ ja się wcale do obrazów nie modlę, tylko do samego Boga... (...) obraz mi czasem pomaga...
[k, przerywając] nie-nie. Ja byłam katoliczką, modliłam się do obrazów i to było bałwochwalstwo...

Korciło mnie, żeby powiedzieć kobiecie, że w takim razie ona żadną katoliczką nie była. Że szukała Boga w innych wyznaniach, bo nie znała nauki Kościoła, w którym żyła. Że niepotrzebnie odchodziła od Kościoła i sakramentów, wystarczyło się wsłuchać w to, co miała. Nie powiedziałam – słyszałam już nadjeżdżający tramwaj, na który czekała. Na koniec jeszcze:
[k]może przyjdziesz do nas, do zielonoświątkowców? Uwierzysz i przyjmiesz chrzest i poznasz Ducha Świętego?
[ja] ależ my się znamy!

Nie wiem, jak długo ta kobieta żyła w Kościele. Być może przyjęła bierzmowanie. Tylko dlaczego Ducha Świętego poznała, jak twierdzi, dopiero po wystąpieniu z Kościoła?
Ja śmiem twierdzić, że On działa w Kościele. W sakramentach, w nauczaniu... pewnie. Ostatnio zaczyna mnie powoli fascynować takie działanie jak w Dziejach Apostolskich – z pewnymi fajerwerkami, ale przede wszystkim na bazie wiary. I świadomości tego, jak wielki Skarb mamy (Sam się dla nas zrodził) i że nie trzeba Go szukać gdziekolwiek indziej.